Czesław Miłosz – „Kolorowym atramentem” [1945]

full_armia_czerwona_forum_770

Czytałem przez pierwszy rok wojny prasę konspiracyjną z zapałem, przez  drugi rok z zainteresowaniem, potem  z niechęcią, a potem już tylko z rzadka brałem ją do ręki. Bezmiary głupstw, które wypisywali anonimowi dziennikarze usposabiały czytelnika ponuro i dzisiaj jeszcze wracają jako ponure wspomnienie, szczególnie gdy się pomyśli, ile istnień ludzkich zginęło przez „gazetki”, wypełniane najczęściej przez mało wykwalifikowane umysły i pióra.

Obecnie jestem namiętnym czytelnikiem naszych gazet i tygodników, ale czytelnikiem bardzo surowym. Trudno, nauczyły mnie tego lata okupacji. Kiedy za czytanie prasy ryzykowało się głową, trzeba było wiedzieć, czy ta wysoka cena odpowiadała wartości towaru. Dzisiaj jeszcze łapię się na tym, że chowam kupione pismo do kieszeni, biegnę do domu, zamykam się w czterech ścianach i dopiero tam odczytuję je od deski do deski. Jak rzekłem, moje wymagania są wysokie. Przede wszystkim nie lubię nudy i monotonii i nie podzielam zdania tych ludzi poważnych i dostojnych, którzy uważają, że trzeba nudnie pisać o nudnych sprawach i nudnie pisać o ciekawych sprawach. Skłoniłbym się raczej do przeciwnego zdania, utrzymując, że i o nudnych i o ciekawych sprawach można pisać ciekawie. Nie podoba mi się, gdy na ten sam temat ukazuje się dwadzieścia artykułów, używających tych samych słów i wykrzykników, w tych samych miejscach. Właściwie to mi się podoba, tylko czytając trzeci taki artykuł ziewam, a zamiast czytać czwarty, wolę się przespać. Natura ludzka jest  ułomna.

Przepadam za pismami literackimi  i zebrałem już komplet „Odrodzenia”. Ono zastępuje mi książki, bo w mojej bibliotece mam tylko dwie: „Operę za trzy grosze”, którą kupiłem w Skierniewicach po wyjściu z Warszawy i „Mein Kampf” Hitlera, którą znalazłem w poniemieckim mieszkaniu.

„Odrodzenie” zastępuje mi książki, ale jakoś niezupełnie. Robi ono wrażenie pisma, pisanego przez niewidzialnych ludzi, niewidzialną ręką, na niewidzialnym papierze. Kiedy dawniej czytałem artykuły Boy’a Żeleńskiego, widziałem autora tak, jakbym go miał przed sobą. Mogłem uwielbiać go, albo nawymyślać mu – ale był, był żywym człowiekiem. Na chłód i zimną powagę większości autorów z „Odrodzenia” nie mam żadnego sposobu, a najgorsze, że nie wiem czy istnieją. Może są to ciała astralne, a może w ogóle fikcje. Żywy człowiek odpina od czasu do czasu marynarkę, poprawia się na krześle, uśmiecha się, puszcza kłąb dymu z fajki. Autorzy z „Odrodzenia” nigdy nie odpinają marynarki, nigdy nie uśmiechają się i nie zapalają fajki – jednym ciągiem, niezmordowanie, piszą swoje olbrzymie wypracowania – tak, że podejrzenie iż są to duchy nie ludzie, nie jest pozbawione podstaw.

Z ludźmi zwykle zapoznajemy się w dyskusji, gdy bronią swego zdania, napadają, odparowują ciosy. W „Odrodzeniu” jest tak mało dyskusji, że mogło się zdawać, iż nie ma w polskiej literaturze, czy w organizowaniu życia żadnych kwestii, mogących pasjonować większą ilość umysłów.

Nie, omyliłem się. Na ostatniej stronie „Odrodzenia” pełno jest napaści, uszczypliwości, pochwał i ironii. Jaka szkoda, że tego wszystkiego nie rozumiemy. Powtarzają się tam nazwiska, których nie znam. Kto to są Kott, Dygat, Miłosz, Przyboś, Otwinowski? Dlaczego Kott na Dygata, Dygat na Kotta, Miłosz na Przybosia, Kott na Otwinowskiego? Co to wszystko znaczy? To są jakieś aluzje, jakieś rozgrywki, których tak samo nie mogę pojąć, jak nie mogłem pojąć o co chodzi, kiedy przychodziłem rano po chleb do sklepu przy ul. Różanej na Mokotowie i zastawałem kłótnię sąsiadek. Gdyby to były polemiki, w których wyłożony jest jasno przedmiot sporu – łatwiej by mi było. Ale to są tylko docinki, przyczepki i przejażdżki. I znów zdaje mi się, że są to figle duchów. Żywi ludzie mają bowiem w roku 1945 bardzo wiele do powiedzenia i zajmują się bardziej sporem o zagadnienia w światowym wymiarze, o zagadnienia światowej praktyki, jeżeli można tak to nazwać – niż sporem o to, kto komu podstawił nogę, i kto pokazał profesorowi język.

Nie jest wygodnie być powojennym czytelnikiem. Za dużo się chce. Ma się tak wysokie wyobrażenie o pismach, jakby nadal drukowały się w zakonspirowanych drukarniach, a przewożenie ich tramwajem groziło bardzo daleką podróżą międzyplanetarną.

Źródło: „Przekrój”, 2/1945

 



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: