Witold Gombrowicz – „Aby uniknąć nieporozumienia” [1937]

gombro

Przed kilku dniami ukazała się moja książka pt. Ferdydurke. Ponieważ jest to utwór napisany w sposób dość oddalony od normalnej literatury, pragnąłbym zapobiec dezorientacji krytyki. Nie idzie mi o ocenę artystyczną, ale o to, aby z książki tej nie zrobiono w artykułach prasowych lekkomyślnej zabawki na gruncie spraw poważnych, satyry na tę czy inną warstwę społeczną lub też nihilistycznego ataku na kulturę.

Głównym problemem Ferdydurke jest problem formy. Żyjemy w epoce gwałtownych przemian, przyspieszonego rozwoju, w której dotychczas ustalone formy pękają pod naporem życia. Człowiek jest dziś bardziej niż kiedykolwiek zagrożony sferą niższą, sfera ciemnych i nieposkromionych instynktów, zarówno własnych, jak obcych. Własnych – ponieważ nieustannie odczuwać musi swą niedostateczność wobec przerastającej go epoki, ponieważ wzrosły introspekcja i autokrytycyzm, ponieważ w dobie rewolucyjnej czuje o krok od siebie anarchię. Cudzych ponieważ związek człowieka z człowiekiem i społeczeństwem jest nieporównanie silniejszy, ponieważ warstwy niższe i mniej kulturalne naciskają na inteligencję, która aż dotąd była od nich raczej izolowana. Tak więc zakłócenie dotychczasowej hierarchii w jednostce i w społeczeństwie sprawia, że ten ciemny ocean treści niedojrzałych, dzikich napiera na nas coraz mocniej, wtrącając nas jak gdyby w powtórny „okres dojrzewania”, zniewalając do gwałtownej rewizji całego naszego sposobu bycia (w sensie jak najbardziej ogólnym).

Potrzeba znalezienia formy na to, co w człowieku jest jeszcze niedojrzałe, nieskrystalizowane i niedorozwinięte, oraz jęk z powodu beznadziejności tego postulatu oto naczelna emocja mojej książki. Pragnę wykazać, że kultura nasza jest jeszcze niepełna, niecałkowita, że jest to wątła budowa nad żywiołem anarchii, który raz po raz rozsadza układ konwencji kulturalnych. Dlatego każda partia książki kończy się wtargnięciem żywiołu, nonsensem, anarchią, anormalnością, które wdzierają się poprzez pęknięcia formy i zalewają nieszczęsnych bohaterów, nadających sobie tylko pozór dojrzałości.

Ale i tu książka staje się nieco ekscentryczna przecież ja sam, jako autor, jestem także „dzieckiem epoki”, ta problematyka niższości, niedojrzałości, infantylizmu fascynuje mnie dlatego właśnie, że jest to i moja sprawa. Przeto Ferdydurke jest w pewnej mierze niedojrzała i dziecinna nie tylko w swojej zawartości treściowej, ale i w formie. Zamierzeniem moim było wypowiedzieć nie tylko niedojrzałość cudzą, lecz i własną. Książka przedstawia zatem zmaganie się tych dwu sfer naszej osobowości zarówno w fabule, jak i w stylu, w bohaterach i w osobie autora, w rzeczywistości opisywanej i w tej, którą czytelnik odczuwa jako rzeczywistość piszącego. Stąd cała jaskrawość książki. Pragnę jeszcze zaznaczyć, że liczne „przedmowy” mają za cel połączenie urojonej fabuły z prywatną moją rzeczywistością, przy czym rzecz jasna i w nich również objawia się moje wewnętrzne rozstrojenie i zakłócenie. A więc Ferdydurke jest jednocześnie krytyką i autokrytyką, aktem oskarżenia i przyznaniem się do winy, pamfletem i dokumentem psychologicznym wyraża mój lek przed zielonością ludzką, ale nie ukrywa, że i we mnie nie wszystko uporządkowane; jest napisana jak gdyby w fazie nieukończonego procesu rozwojowego. Będąc jak wszyscy w okresie dojrzewania, nie mogłem pisać inaczej. Jeżeli jednak ktoś przyjmie, że ta postawa nie jest istotna, lecz że to jedynie gra, udawanie niedojrzałości, aby tym wygodniej wykpić niedojrzałość innych, wówczas cała książka zyska sens fałszywy.

Z powyższej koncepcji jasno wynika i to podkreślam z naciskiem że Ferdydurke nie jest wymierzona przeciw jakiejkolwiek ideologii lub temu czy innemu środowisku. Jeżeli zaczepiłem w niej ziemiaństwo, szkolnictwo, literaturę, to dlatego że książka jest porachunkiem z tym, co mnie samego zinfantylizowało i najwydatniej zaciążyło na moim rozwoju. Gdybym pochodził nie z ziemiaństwa, ale np. z proletariatu, zaatakowałbym proletariat, gdyż nie ma środowiska i nie ma człowieka w pełni dojrzałego. Część polemiczna książki jest skierowana przeciw demagogii i tandecie w kulturze bez względu i jej przynależność partyjną i środowiskową. I tutaj także kwestia formy wysuwa się na czoło nie idzie mi bowiem o to, czy dana kultura sama przez się jest dobra czy zła, ale o to, jak człowiek ją asymiluje. Idzie mi o niedojrzałość, którą wyzwala w człowieku także kultura, jeżeli nie jest dość zasymilowana, przetrawiona, dość organiczna.

W scenach szkolnych nie rozprawiam się oczywiście z „czystością” lub „rozwiązłością” młodzieży, ale z tym, że młodzież jest pełna zgrywy, fałszów, niedostrojenia, że nie umie sobie poradzić (wskutek braku formy) ze sferą instynktu, która ją podkopuje. Podobnie stronice poświęcone proletariatowi przedmieścia mają wyrazić niedolę ludzi wytrąconych z łożyska pod działaniem przyspieszonego biegu historii. Wysuwam postulat uprężnienia i ożywienia kultury, sprowadzenia jej z obłoków na ziemię, wypracowania postawy wobec rzeczywistości, silniejszego zespolenia inteligencji z ludźmi i sprawami na niższym piętrze rozwoju, aby nie była wobec nich bezradna i bezbronna.

Zastrzegam się, że wszelkie przypisywanie tej książce charakteru zbyt doraźnego wypaczałoby najzupełniej moje intencje, gdyż przede wszystkim jest to książka filozoficzna i psychologiczna. Przedstawia starcie człowieka z człowiekiem i ze środowiskiem oraz starcie człowieka z własną jego niedojrzałością, z pozostałościami z czasów niemal przedpotopowych. Pragnie wykazać tragizm rozwoju. Wykazuje konwulsje, jakim podlega biedna nasza „gęba” pod naciskiem wielkich, a nieuniknionych procesów historycznych. Usiłuje wypowiedzieć i to jest jej punkt najistotniejszy odwieczny konflikt pomiędzy człowiekiem a jego formą, konflikt równie bolesny dziś jak przed wiekami. Jest wyrazem nienawiści, lęku, wstydu człowieka wobec bezformia i anarchii. Nie jest, ściśle biorąc, pamfletem, polemiką, krytyką, ale po prostu jękiem jednostki, która broni się przed rozprzężeniem, gwałtownie domaga się hierarchii i formy, a zarazem widzi, że każda forma uszczupla ją i ogranicza która broni się przed niedoskonałością innych w pełnym poczuciu własnej niedoskonałości. W tym sensie jęk taki jest dziś jękiem każdego człowieka bez względu na jego „oblicze”. Nie wiem, czy udało mi się dobrze napisać jęk powyższy, ale jest oczywiste, że sprowadzanie książki na grunt jakiejś konkretnej polemiki społecznej byłoby zupełnym nonsensem. Tych ubocznych i nader niewyczerpujących wyjaśnień nie mogłem umieścić w książce ze względów z punktu widzenia artystycznego zrozumiałych.

Źródło: „Wiadomości Literackie” 47/1937



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: