Jarosław Iwaszkiewicz – „Dziennik, sierpień 1944”

warszawa

Różowe dni i ptaki świergocące o świcie, i w ogóle cały nastrój pogodnego dnia późnego lata będzie teraz zawsze zapewne przypominał mi dzisiejsze dni. Z ganku naszego domu spoglądamy na dymy szare i gęste, unoszące się na horyzoncie na wschodzie nad miejscem, gdzie leży Warszawa.

Dymy te wznoszą się z wolna, zrazu karminowe i przejrzyste, aby potem w ciągu dnia zgęstnieć w twardy obłok, przykrywający krepowym welonem to miejsce, gdzie wieczorem wschodzi księżyc. Księżyc wygląda za zasłoną dymu jak martwa czerwona twarz i powstaje powoli za lasem. Zza zasłony wyrywa się dopiero późną nocą i wtedy na horyzoncie nie widać już dymu, tylko niską szeroką łunę poruszającą się jak oddech szerokiej piersi; miarowo łuna wzrasta lub gaśnie.

Tam pali się miasto, a ludzie chodzą tutaj bezradnie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca, nie mogąc na chwilę naprawdę pomyśleć, że Warszawa ginie. Ale kiedy się przystanie na jakiejś łączce czy pod jakimś drzewem w olśnieniu jasnej pogody, z której rodzą się dalekie pomruki i trzaski – jak upiór przed oczami stają obrazy palącego się miasta. I nie wiem, co trudniejsze: czy być tam, na tych ulicach, wśród bomb, pocisków i walących się domów, czy być tutaj z daleka i wyobrażać sobie tylko owo piekło i śmierć miasta, najukochańszego ze wszystkich miast.

Nie lubiłem dawniej Warszawy. Ale przez tę parę lat, kiedy ją widzę taką upartą i taką mocną, pokochałem ją zupełnie inaczej i zupełnie na nowo. Wszystko to pali się i ginie – a ja stoję pod niebieską pogodną kopułą i widzę tylko obłoki.

Nic nie mogę poradzić, bezsilnie chodzę naokoło domu. Przychodzą ludzie, opowiadają wciąż to samo w bezbrzeżnie przerażający i monotonny sposób. I nic nie można im pomóc, trzeba tylko słuchać tych słów bezradnych, bezkształtnych, podawać rękę, cieszyć się, że są, że wracają stamtąd. Iluż im podobnych już nigdy nie przyjdzie. Najbliższych, najukochańszych, najpełniejszych życia.

Z ganku słychać wyraźnie, jak wylatują samoloty, jak nadlatują nad domy, jak walą w nie pociskami; huk walących się domów brzmi jak osypywanie się piargów w Tatrach i widać, jak bury czy szary obłok kurzu wznosi się na tym miejscu, gdzie padła bomba.

W nocy nie można zasnąć. Wciąż widzi się ich. Ci wszyscy, tak dobrze znani, tyle razy bawiący się u nas, ci sami, którzy tańczyli u nas w salonie albo na dożynkach przed domem, ci, którym czytało się wiersze, z którymi dyskutowało się o dalekiej przyszłości, którzy sami przychodzili z wierszami, czytali je mniej lub więcej niezdarnie – a teraz widzi się ich z zaciętymi, zmęczonymi twarzami…

Źródło: Jarosław Iwaszkiewicz, „Dzienniki 1911-1955”, Warszawa 2007



Kategorie:Dzienniki, Historia, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: