Maksymilian Rębisz – „Ordon, czyli epizod, w którym bohater, noszący to samo imię co Mickiewiczowski oficer, opowiada historię i wyraża wątpliwości co do przyszłości literatury”

adam_mickiewicz
Kiedy słońce zaczęło znikać za murami kamienic okalających stare miasto Warszawy, a Plac Zamkowy pogrążył się w przyjemnej dla oczu czerwonawej poświacie, właściciel kawiarni położonej na Krakowskim Przedmieściu 5 przygotowywał właśnie klucze by zamknąć swój lokal na cztery spusty. Nazywał się Teofil Jasiński i poza punktualnością i zbieraniem znaczków pocztowych nic go w życiu specjalnie nie interesowało. Już zbliżał się do drzwi, by wywiesić karteczkę: zamknięte, kiedy dzwonek oznajmił przybycie jakiegoś spóźnionego gościa.

– Nieczynne, zamykamy – powiedział grzecznym tonem Teofil, zanim jeszcze ujrzał przybysza.

Po kilku sekundach do środka wszedł nowy człowiek. Nie patrzył się przed siebie, na stojącego na środku właściciela, tylko pod nogi, idąc pewnie i szybko, jakby znał to miejsce od lat. Chciał przemknąć wzdłuż ściany, chyłkiem, niczym cień, by dotrzeć do małego stolika przeznaczonego dla dwóch osób i usytuowanego w przyjemnym zakątku kawiarni.

– Nieczynne, zamykamy – powtórzył głośniej Teofil głosem już nieco monotonnym. Ruszył niecierpliwie ręką i potrząsnął kluczami.

Nieznajomy zdawał się być głuchy i szedł dalej. Co u licha? – pomyślał nagle Jasiński – zdawało mi się, czy co? Ki diabeł? Zamrugał parę razy oczami i spojrzał dokładniej na przybysza. Powód zdumienia Teofila był prosty: nieznajomy nie przypominał ubiorem żadnego ze znanych Jasińskiemu osób. Odziany był cudacznie. Wszystko było zrobione z jakiegoś starego, ciemnego materiału i opływało jego ciało zgoła inaczej, niż kroje znane Teofilowi. Przez te parę sekund wyodrębnił coś na kształt marynarki i krawata, który jawił się w postaci szmaty bądź chustki, zamotanej niedbale pod szyją. Może to był w ogóle szal. Jednak większe zdumienie wywołały na nim rysy twarzy przybysza. Był zwrócony profilem, ale nie przeszkodziło to w dokładnym przestudiowaniu jego fizjonomii. Teofil mimo woli uśmiechnął się na widok zmierzwionej fryzury brązowych i gęstych włosów. Twarz miał nieznajomy bladą, może nawet chorobliwie bladą, jak gdyby całe życie spędzał za biurkiem – księgowy jakiś, czy co? A jego oczy… Głęboko zapadnięte, wciśnięte w fizys, ukryte pod zakrzywionymi brwiami.

– Hej, panie kochany – krzyknął raz jeszcze Jasiński.

Dopiero teraz nieznajomy odwrócił się. Właściciel kawiarni i on starli się wzrokiem, ale widocznie tylko Teofil wziął to za starcie, bo gdy upłynęło kilka sekund zrozumiał, że patrzą się na niego nie dwa groźne ślepia, tylko oczy łagodne, lekko załzawione, i może nawet smutne. Nieswojo się zrobiło Jasińskiemu na duszy. Na dowód niepokoju zacisnął rękę na pęku kluczy i potrząsnął nimi niecierpliwie. Wreszcie przybysz powrócił do tego świata – spojrzał na Teofila przytomniejszym wzrokiem, a przez jego twarz przeleciał cień ni to uśmiechu, ni nostalgii, który jednak jednogłośnie świadczył, iż przybysz, kimkolwiek był, należał kiedyś do ludzi myślących i zgoła normalnych.

Oparł rękę o poręcz krzesła i uniósł lewą rękę do góry, chcąc coś powiedzieć. Postawa ta nieomylnie skojarzyła się Jasińskiemu z gestem jakiegoś nieustraszonego generała, który opiera zdrową rękę na swojej reducie, a tę na temblaku podnosi ostatni raz ku niebu, zagrzewając towarzyszy do walki. Jasiński wyobraził sobie to ot tak, po prostu, nie wywołał z pamięci żadnej konkretnej postaci czy konkretnego wydarzenia, jego wiedza historyczna nie była na tyle głęboka, a gdyby nawet była, z pewnością dotyczyłaby innych kwestii niż bohaterskich generałów na wałach fortyfikacji.

Wtedy nieznajomy postanowił przemówić.

Rozejrzał się najpierw dookoła, powiódł wzrokiem po pustych stołach, krzesłach, kolorowych ścianach, i na koniec jego oczy spoczęły na Teofilu. Zobaczył go, przypomniał sobie, że ma sprawę, poruszył kilkakrotnie ustami, po czym rzekł, prawie szepcząc, tak że Jasiński żadnym sposobem nie mógł go usłyszeć.

– Czy spotkam tutaj przyjaciela Nepomucena?

A potem dodał głośniej:

– Umówiłem się tutaj z przyjacielem Nepomucenem.

I czekał, najwyraźniej założywszy, że cały świat został poinformowany o jego spotkaniu z przyjacielem Nepomucenem. Jasiński zatrzepotał rzęsami i odpowiedział:

– Po pierwsze, chciałbym przypomnieć łaskawemu panu, że lokal nieczynny, zamykamy. Poza tym nie znam pańskiego przyjaciela i nic mi nie wiadomo, że miał się z panem spotkać w mojej kawiarni, już po godzinie zamknięcia.

Na te słowa przybysz machnął ręką, odsunął krzesło i usiadł, podkładając ręce pod brodę.

– To ja poczekam – powiedział.

Masz ci los! – pomyślał Jasiński – zastanawiając się, co uczynić z tym nieszczęśliwym fantem. – Jeszcze mi awanturę wywoła! Szyby będą do wymiany, a wnętrze zdemolowane! Najlepiej by od razu zadzwonić na milicję… Ale w tej chwili Jasiński uświadomił sobie, że to niedzielny wieczór, a o takiej porze dyżuruje tylko ostry oddział, którego zadaniem bynajmniej nie jest wyciąganie podejrzanych klientów z kameralnych kawiarni. Odsunął więc tę myśl i zdecydował się osobiście zająć gościem. Stanął przy jego stoliku i spytał:

– Kim pan jesteś?

Zapadło milczenie. Jasiński miał przez chwilę nadzieje, że przybysz odpowie coś w stylu „jestem Jonaszem” albo „Napoleonem Bonapartym”. Przestał jednak wymyślać niestworzone teorie i zamienił się w słuch.

– Jam jest Ordon – rozniósł się w kawiarni piękny, dźwięczny głos. Nie był stary, aczkolwiek trochę przytłumiony przez emocje, dławiące przybysza.

Ordon? – pomyślał Teofil, gdyż wiedział, że słyszał gdzieś przedtem to nazwisko – chyba nie ten Ordon?

Nieznajomy nie widział jego wahania, gdyż siedział, zakładał ręce pod brodę, patrzył się nieruchomo przed siebie i na coś czekał.

– Chyba nie ten Ordon? – powtórzył na głos Jasiński.

Przybysz nagle rozejrzał się dookoła, jakby patrząc, czy nikt nie podsłuchuje, wezwał ręką Teofila do przybliżenia się i rzekł, niemal konfidencjonalnym tonem:

– To mój przydomek. Wśród naszego grona nigdy specjalnie nie lubiano Mickiewicza i starano się wykazać błędy w jego twórczości. Mnie jednak zafascynował los Reduty 54. Tak, jam jest Julian Konstanty Ordon, ale – z zaznaczeniem, że tylko jego następca. Ale o tym – sza!

– Mam więc rozumieć, żeś pan czymś w rodzaju poety? Jasiński starał się szybko kojarzyć fakty.

– Tak, jestem poeta Ordon. A raczej byłem – dodał, a na jego twarzy znów pojawiła się melancholia.

– I piszesz pan wiersze?

– Uprzejmie apeluję o używanie czasu przeszłego – odparł Ordon smętnie.

Jasiński zaczął wykazywać coraz większe zainteresowanie tajemniczym poetą. Odsunął drugie krzesło i usiadł naprzeciwko.

– Coś mi się widzi – powiedział – że tylko nadwyrężył pan swoje siły, przybywając tutaj.

Sądząc po pańskim stroju… nie przybywasz pan z naszych czasów…

– Tak pan mówi? – oczy Ordona zapłonęły niepokojem.

– Potwierdź pan sam – odpowiedział Jasiński – w którym roku się pan urodził?

– Niech najpierw pan wyświadczy mi tę przysługę. Jaki dzisiaj dzień?

– Niedziela, 4 maja.

– A rok?

– 1967.

– Osiemdziesiąt lat! Osiemdziesiąt lat! – krzyknął Ordon, zrywając się z krzesła. Zaraz jednak powrócił na miejsce, przypadł do Teofila, chwytając go za rękaw i spytał, z nadzieją w głosie.

– Proszę mi w takim razie powiedzieć… Czy literatura – wolna?

– Wolna? Od czego? – dopytywał się Jasiński.

– Wolna od demonów… – wyszeptał Ordon. – Wolna od zła, które czeka, aby ją zatłamsić i zdławić.

– A pan… widział pan te demony?

Poeta smutno pokiwał głową.

– Niestety miałem przyjemność się z nimi spotkać.

– Ciekawe to… – mruknął Jasiński, niewiele rozumiejąc – opowiedz pan co nieco.

I już miał Ordon opowiadać, kiedy nagle dzwonek w drzwiach zadzwonił i do środka ktoś wszedł. Poeta i Jasiński jak na komendę się odwrócili, by spojrzeć na przybysza. Właściciel kawiarni poczuł się jak na ekranie filmu, kiedy spostrzegł, że nadchodzący gość ubrany jest do przesady podobnie do Ordona – różniła ich może tylko fizjonomia. Nowy człowiek miał długie i pofalowane brązowe włosy i wąsik. W porównaniu do poety jego twarz była bardziej okrągła i uśmiechnięta. Jednak uśmiech ten był diaboliczny, oblicze było satyrycznie wykrzywione, a wąsik był cienki, długi i starannie wypomadowany. Tylko jedno stworzenie mogło mieć taki wygląd – czort z opowieści poety Ordona. Jasiński zaniepokoił się tedy aż nadto. Myśl o telefonie na milicję znów powróciła, zwłaszcza, że był teraz sam przeciwko dwóm – dziwakom wprawdzie, ale zawsze rosłym mężczyznom. Z drugiej strony Teofilem powodowała chęć poznania niezwykłej opowieści poety. Nie wiedział czy w nią wierzyć, czy nie, ale postanowił posłuchać i siedział dalej tam, gdzie siedział. Nieznajomy tymczasem wszedł do środka i po cichutku zajął miejsce dwa stoliki dalej. Ordon spojrzał na nieznajomego z nadzieją, ale zaraz spuścił wzrok i jeszcze bardziej zapadł się w sobie, a jego wargi wyszeptały słowa: Nepomucen. Teofil tymczasem siedział jak na szpilkach. Ciarki przechodziły mu na plechach, gdyż czuł na sobie świdrujące spojrzenie gościa z tyłu. Nie ruszał się więc, zaczynając wierzyć, że dookoła faktycznie dzieją się czary. Skinął na Ordona, a ten zaczął swoją niezwykłą opowieść.

Już jako młodzieniec czuł się niesamowicie powiązany ze sprawami świata literackiego. Z wykształcenia był pedagogiem i przez krótki czas pracował w szkole. Jedyną aktywnością na lekcjach przez niego prowadzonych było czytanie jego własnej poezji – dość dziwnej, pełnej mroku i romantyzmu, obfitej w kolorowe symbole i melancholijną nutkę. Zyskał za to szybko przezwisko – Poeta – i od tej chwili nie był przez nikogo traktowany poważnie. Szybko usunięto go z katedry, ale wtedy w życiu pomógł mu łut szczęścia, fortunna gwiazda – grunt, że miał sen, w którym płynął łodzią przez ulice Warszawy i trafił właśnie na Krakowskie Przedmieście numer 5. Po przebudzeniu pierwszą rzeczą, którą uczynił, było skierowanie się właśnie na ten adres i poeta nie mógł oprzeć się podekscytowaniu, kiedy spostrzegł mosiężną tabliczkę – Stowarzyszenie Literatów Tillosam. Wszedł do środka i pozostał tam na zawsze – a przynajmniej jego serce – pośród pokaźnych bibliotek, chłodnych korytarzy pachnących farbą drukarską, surowo umeblowanych pokoików szeleszczących arkuszami świeżego papieru i pośród czarnych kruków w klatkach, które zdobiły cztery główne pomieszczenia Tillosamu.

Pierwszym z nich był pokój prezesa stowarzyszenia, pana Juliusza Kury. Drugi stanowił sekretariat, do którego przychodziły zlecenia, gdzie się odbierało listy i teksty z drukarni, a także świeżą prasę i podwieczorki. Trzecie pomieszczenie to była palarnia, gdzie literaci mogli się spotkać, pogadać, wypić kieliszek wina lub szklankę kawy i ciastko,
odprężyć albo zwyczajnie posiedzieć w milczeniu, z nogami podciągniętymi pod brodę i ramionami nań założonymi. Czwarte i ostatnie z głównych pomieszczeń to oczywiście biblioteka i archiwum – to tu trafiały gotowe felietony i nowele, zanim trafiały na szpalty gazet. To tu można było szukać inspiracji, odkrywać, wertować stare zbutwiałe księgi i małe, wydane na kiepskim papierze, tomiki poezji. W centralnym miejscu stał globus, na którym każdy literat zaznaczał miejsca opisane na stronach swoich dzieł. Oczywiście centralną oś Tillosamu stanowili ludzie – poeci, redaktorzy, korektorzy, drukarze, pisarze i reporterzy, z którymi Ordon szybko się zaprzyjaźnił – i zdawało mu się, że nie potrzebuje już nic więcej do szczęścia. Jednym z najbliższych współpracowników i kolegów Ordona był niejaki Nepomucen Bełza. Z poezją nie miał nic wspólnego. Pisał tylko felietony. Interesowała go technika, nowe rozwiązania i plany, którymi chciał się przysłużyć Warszawie – aż wreszcie pewnego dnia został aresztowany i nikt, łącznie z
prezesem i narzeczoną Nepomucena – nikt nie wiedział, gdzie nieszczęsny inżynier się znajduje.

Ordon przerwał opowieść i smutno pokiwał głową.

– Był to rok 1831. Początek sierpnia. Niecały tydzień później otrzymałem telegram, że spotkać się ze mną chce niejaki pan Mickiewicz. Umówieni byliśmy na godzinę szóstą wieczorem w palarni Tilossamu. I przyszedł, przyszedłem też ja. Przyniósł mi piękny wiersz, mówiąc, że od lat czyta moje poezje i chce się czymś odwdzięczyć. Wiersz był niesamowity i chyba nie mogłem lepiej go uczcić, niż przyjmując imię jego bohatera. Dzieło nazywało się Reduta Ordona.

– Niepodobna! – krzyknął nagle nieznajomy z czarcią twarzą, patrząc się wzburzony na poetę.

– Kim pan jest i czego pan chce? – spytał oschle Ordon.

– Panowie – powtórzył młodzieniec – panowie, mówię wam, że nie może być! Reduta Ordona powstała w 1832 roku i jeśli ktoś to może poświadczyć, to ja, Florian Garczyński, najbliższy przyjaciel Adama Mickiewicza!

Drgnął poeta, drgnął nawet i właściciel kawiarni.

– Oto moja dłoń – szepnął Ordon – Mickiewicz wspominał pana bardzo ciepło. Jednak muszę pozostać przy moim stanowisku, Reduta powstała przed wydarzeniami, które opisuje!

– Niedorzeczność! – powiedział Garczyński – jak mógłby Mickiewicz pisać o czymś, co jeszcze nie nastąpiło!

Wtedy Teofil Jasiński, nie zważając na swoją wieczną ignorancję, postanowił przyłączyć się do dyskusji. Tak go pochłonęły niesamowite tematy, o których rozmawiali dwaj panowie z zaświatów.

– Czy sugeruje pan? – zwrócił się do poety – że Mickiewicz przepowiedział przyszłość?

– Jakkolwiek by to niedorzecznie nie zabrzmiało, tak właśnie stwierdzam!

– Czy jest pan pewien, że spotkanie w Tilossamie nastąpiło w 1831 i że istotnie trzymał pan w ręku rękopis Reduty?

– Pewien jak tego, że bitwa o redutę 54 nastąpiła miesiąc później, we wrześniu. Garczyński ciężko dyszał przez chwilę.

– Wybaczcie moje wzburzenie – powiedział – ale widziałem, jak Mickiewicz pisał ręcznie Redutę w trzydziestym drugim. Byłem przy tym, zechciej mnie pan zrozumieć, byłem przy tym! Ordon spokojnie patrzył się na towarzysza.

– Powiązałbym kilka faktów. Najpierw zniknął mój drogi Nepomucen… Potem odwiedził mnie Mickiewicz, a potem… Historia jeszcze nie zakończona. Zechciejcie mnie wysłuchać, przyjaciele. W noc po aresztowaniu kolegi, kiedy leżałem w łóżku w moim małym mieszkaniu, zobaczyłem najdziwniejsze stworzenie, jakie można sobie wyobrazić. Siedział okrakiem na stoliku nocnym i patrzył się na mnie strasznym, ironicznym wzrokiem. Miał żakiet i krawat, za ucho wetknięty ołówek. Z głowy wyrastały mu dwa rogi, a oczy były koloru jadowitej krwi. Przysiągłbym, że widziałem tej nocy diabła. Zaraz potem zniknął. Następnego dnia wracam do domu z Tilossamu i już na ulicy czuję swąd spalenizny. Wbiegam gorączkowo po schodach, otwieram drzwi – a przed piecykiem klęczy ta sama rogata postać, ustawiona tyłem, tak że zobaczyłem jej czerwony, szkarłatny ogon. Ściska w dłoni moje rękopisy – i ciska je w ogień! W płomieniach widzę już kilka zbitków arkuszy, na podłodze piętrzy się kolejny stos. Krzyknąłem przeraźliwie. Czart obrócił się, spojrzał – dałbym głowę, że oczy miał smutne – po czym zniknął. Czym prędzej zgasiłem ogień, ale część wierszy przepadła. Potem nastąpiło spotkanie z Mickiewiczem…

– Chyba nie wiąże pan mojego przyjaciela z pańskimi nocnymi wizjami!

– Nie, po stokroć nie, a jednak… Czy to przypadek, że Mickiewicz pokazał mi Redutę akurat po wizytach diabła? I czy to przypadek, że mamy niezgodność dat, że pan o niczym nie wiesz? Nie daj wiary w czarty – ale uwierz w Mickiewicza! A jeśli wciąż masz pan wątpliwości, to idź do Tilossamu i spytaj, od którego roku noszę przydomek Ordon!

– Przepraszam – wtrącił się Jasiński – chciałbym wspomnieć, że mamy rok 1967 i żaden Tilossam nie istnieje.

Twarz Ordona pokryła się smutkiem, a Garczyńskiego – zawiedzeniem.

– Dobrze – szepnął w końcu ten drugi – co działo się z panem po Mickiewiczu?

Ordon zmarszczył czoło i zaczął przypominać sobie wydarzenia.

– Nadszedł pamiętny wrzesień. Kiedy reduta dowodzona przez Ordona padła, nie mogłem wyjść z przerażenia, widząc, że spełniły się proroctwa Mickiewicza. Wróciłem do domu i wrzuciłem przeklęte rękopisy Reduty w ogień. Wiersz jednak chodził mi cały czas po umyśle tak, że w końcu sam mianowałem się Ordonem. Życie stało się od tego momentu trudne. Uwolniłem się od szatanów, ale inne cierpienia nie były tak łaskawe. W grudniu wypędzono wszystkich członków Tilossamu na śnieg. Byłem wtedy nieobecny i kiedy przyszedłem do siedziby, ze zdumieniem zobaczyłem zabite deskami drzwi. Dostałem się do środka przez okno i ze zgrozą oglądałem zdemolowane sale, porozrzucane książki i papiery, połamane meble i porysowane ściany, a w czterech miejscach zobaczyłem cztery krwawe szczątki – to, co kiedyś stanowiło cztery kruki. Wybiegłem stamtąd, żeby nigdy nie wrócić. Siedziałem w domu – i to oczekiwanie stało się największym przekleństwem moich dni. Żyłem w strachu, nie wiedziałem, co stało się z Nepomucenem, nie wiedziałem nic o losie reszty literatów. Udało mi się tak przetrwać dwa lata. Przez ten czas nie sięgnąłem za pióro ani razu. Lecz ciągnęło mnie do domu, ciągnęło mnie tam, gdzie zostawiłem serce – i którejś nocy spakowałem do torby trochę książek, atrament i papier, koc i trochę jedzenia, zamknąłem drzwi na klucz, wrzuciłem go do rynsztoku i cichcem przedostałem się do Tilossamu. W całym budynku panował dotkliwy ziąb, gdzieniegdzie pojawiła się już pleśń – nie zważałem jednak na to i poświęciłem całe siły na doprowadzeniu siedziby do porządku. Odgrzebałem spod szczątków palarnię, gdzie się zadomowiłem. Szukałem zaciekle felietonów Nepomucena – znalazłem kilka kartek, posklejanych, zatartych i zapleśniałych. Mogłem odczytać z nich tylko kilka słów, ale schowałem je niczym relikwię. Żyłem tak długo sam, niczym upiór naszego domu, jadłem mało i utrzymywałem się wierszy, które wysyłałem do kilku czasopism. Nie były już takie dobre, jak kiedyś. Może dlatego płacono mi grosze – starczało mi tylko na chleb i plaster szynki od święta.

Pewnego dnia obudziły mnie w nocy jakieś trzaski. Otworzyłem oczy i zmrużyłem natychmiast powieki pod wpływem światła i gorąca – pokój stał w płomieniach, a na środku tańczyło czterech małych czartów. Każdy z nich miał żakiet innego koloru. Wybiegłem na ulicę, unosząc książkę, która leżała pod ręką – jak się później okazało, mój własny tom poezji – a budynek wkrótce runął, strawiony w ogniu. Patrzyłem się długo na pożogę, aż wreszcie pozostały zgliszcza – zabrano mnie, na wpół żywego, wychudzonego, przestraszonego do kliniki, gdzie długo odzyskiwałem zdrowie. Potem przyszło więzienie. Gdy wyszedłem na wolność, uciekłem do Florencji. Próbowałem się nauczyć znów pisać, ale bez skutku. Opuściły mnie demony, muzy i przyjaciele. Zakończyłem puste życie samobójczą śmiercią i znalazłem się tutaj – na Krakowskim Przedmieściu numer 5 – i po twarzy Ordona pociekły łzy, zaczerwienione powieki zadrżały i dało się słyszeć ciche łkanie.

Teofil Jasiński wstał od stołu i podszedł w stronę telefonu. Wykręcił numer i czekał, lustrując uważnie niesamowitych gości. Tak… Krakowskie Przedmieście 5… Jasiński, Nasza Kawiarnia – mówił do słuchawki. Gdy zakończył rozmowę, otarł czoło. Kto to widział, żeby zdrowy człowiek opowiadał takie brednie w miejscu publicznym – pomyślał i z niecierpliwością spoglądał w stronę drzwi. W końcu klamka
drgnęła i do środka weszło dwóch milicjantów.

– Obywatel pozwoli z nami – powiedział jeden z nich do Ordona, który ocierał łzy i patrzył się w kąt. Nie reagował.

– Obywatelu… – usłyszał tubalny głos drugiego milicjanta, który wziął go za ramiona i podniósł z krzesła.

Ordon nie stawiał oporu. Dał się wyprowadzić potulnie, jak dziecko. Ale dałby głowę, że twarz pod czapką niższego milicjanta wyglądała identycznie co twarz Nepomucena. Potem jednak nie mógł tego sprawdzić, bo wyszli na dwór i zostali oślepieni przez słońce.
Garczyńskiemu tymczasem wyrosły rogi, uśmiechnął się diabolicznie, rzucił na stół monetę – i zniknął.



Kategorie:Teksty, Źródła

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: