Anna Świrszczyńska – „Śpiew” [1937]

swirszczynska

Oto materia mistyczna natury promieniującej, likwor elastyczny a przylegający trafnie jak guma, przenikający ciało jak dreszcz. Ogień kauczukowy, drgające bogactwo.

Zanurzam się w tę ciecz piekącą, rumianą. To płomień czyśćca, pali równo i solidnie. Dokoła twarze bliźnich – zbyt zajęty jestem sobą. Darujcie, drodzy potępieńcy, że poświęcam wam tak mało uwagi. Udoskonalam się. Jestem egoistą jak każdy święty. Uprawiam poniekąd kult osobowości, jeśli w taki sposób wolno spojrzeć na to skupione, esencjonalne zajęcie sobą samym.

Nie mogę inaczej, wybaczcie. Cierpienie jak kapryśna niewiasta chce, żeby o nim myśleć nieustannie. Ach, nie należy go bynajmniej traktować żartobliwie. Udoskonala mnie jak indyjskiego joga, czyni samolubnym, na podobieństwo pacjenta na chwilę przed poważną i skomplikowaną operacją.

Dokoła głowy, twarze, członki bliźnich. Co za ekstaza. Uczta. Z przepysznie świecącego ognia, w którym wszyscy jesteśmy zanurzeni, wystaje ręka z roztargnionymi palcami. Wygląda jak rzecz niczyja, poniechana przez właściciela – ta ręka płowa i wypukła.

Dokoła twarze, głowy, członki bliźnich. Widzę je przez nadmierną, rozrzedzoną błonę gorączki, która wyolbrzymia oniemiałe kształty, przewleka i ciągnie ruchy. Widzę te twarze z ślepiami zahamowanymi, twarze szczelnie skupione jak u ludzi, co szukają długo ze świecą igły na podłodze lub zajęci są całkowicie przypominaniem sobie rzeczy kapitalnie ważnej.

Płoniemy. Jakże wzbogacająca śmierć, a raczej nieśmiertelność.

Czasu nie ma. Oto ogień drogocenny, materia, będąca właściwie energią, energia, oślepiające łaknienie, siła – ona sama, która tworzy wszystko, co jest. Za grzechy nasze, za nasz wielki, największy grzech – niepokój, otośmy dziś w środku żywiołu pragnienia, najbardziej wytwornego z żywiołów, najbardziej cennego z żywiołów, najbardziej drapieżnego z żywiołów.

Wybornie piękne jest owo narzędzie męki. Dano nam, grzesznikom, kąpać się w tym przeszywającym płomieniu (nie jestże to przypadkiem niebo?), dano nam, potępionym, być przenikanymi jak powietrze, nasycanymi jak gąbka. Kompanowie najmilsi, czy nie zechcecie wznieść toastu?

Czasu nie ma. Okazałe koła zegarów obracają się, nie dla nas. Oddychamy głęboko jak po wielkim szlochu i cierpimy równo, nieustannie, usilnie, po szyję w żywiole, w pozycji lekko skłonionej od pionu, nie tracąc jednak równowagi. Cierpimy nieśmiertelnie i z wprawą.

Amen, amen! Moglibyśmy wam powtórzyć wszystko, opowiedzieć całą olśniewającą wymyślność tortur, cały ten przepych uduchowienia, który nas opływa, celność żywiołu, rozdzierającą subtelność ognia, wyszukane piękno boleści całkowitej, bez zmiany i ustania, harmonijne wołanie wniebogłosy.

Ale jesteśmy zajęci przez wieczność. Pracujemy. Jesteśmy utrudzeni nadmiernie, trudzimy się szybko i skwapliwie nie czując potrzeby odpoczynku, jak ciało nie czuje potrzeby rzucania cienia w tym świecie osobliwym.

Doprawdy, trudno być gnuśnym w piekle. Czyjeż usta wysławiają taki stan. A propos, panowie, współbiesiadnicy, najserdeczniejsi szaleńcy, po raz drugi podaję myśl wzniesienia chóralnego śpiewu. Bo kto wie, czy nie jest to niebo. Czy nie jesteśmy w siódmym niebie, panowie?

Któż odróżni rozkosz od bólu. Jak migot błyskawicy zabija barwy, tak tu oto, gdzie przebywamy, jest tylko pałanie uniesienia, nieujarzmione gęstnienie z minuty na minutę doskonalsze, kondensacja sama w sobie, rozdzieranie, gwałtowna wiekuistość.

Któż odróżni rozkosz od bólu.

Chwileczkę, panowie. Co to się dzieje? Zelżały dokoła wszystkie barwy dotąd tak rozkosznie jaskrawe. Gałki oczne mam pełne ciepła jak przed zaśnięciem, głowa opada na ramię, rzęsy gęstnieją. Coś zepsuło się w tym królestwie obłędu. Może to antrakt między pierwszym a drugim aktem komedii? Może śmierć duszy za jakiś grzech, popełniony przed trybunałem żywiołu, bo śmierci ciała nie boimy się już, nieboszczykowie. Może sen. Sen zdziwienia, łagodne omdlewanie zadziwionego.

I między jednym a drugim liźnięciem potępieńczego ognia wspominam przeszłość – chwilę, kiedy odlatującego w niebiosa z głową ukośną, z stopami zdrętwiałymi, świat żegnał po raz ostatni. Wspominam mostek, kobietę piorącą nad wodą i psa, który w tamten słotny dzieli jesienny węszył uważnie dym przy kupie tlącego się śmiecia, odpadów i wilgotnych gałęzi.

A potem wszystko zaczyna się na nowo. l na nowo wznoszę hymn ten, boleściwy i wysoce wesoły.

Wznoszę go lekko.

Źródło: „Pion”, 41/1937



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: