Ferdynard Hoesick – rozmowa ze Stanisławem Wyspiańskim [1902]

wyspianski

Ile razy spotykam się na szpaltach pism z nazwiskiem tak dziś sławnego twórcy „Wesela”, zawsze mi się przypominają moje lata uniwersyteckie w Krakowie, podczas których, jako student wydziału filozoficzno-historycznego, spotykałem się z Wyspiańskim pod gotyckimi sklepieniami Jagiellońskiej Almae Matris na wykładach Tarnowskiego, Smolki, Łepkowskiego i Sokołowskiego.

Był on wtedy wraz z Mehofferem (z którym go od dziecka łączyła najserdeczniejsza przyjaźń) uczniem krakowskiej Szkoły sztuk pięknych, a jednocześnie słuchał niektórych wykładów w uniwersytecie, co zresztą czynili i inni jego koledzy. Do najbardziej zajmujących z pomiędzy tych wykładów – obok świetnych prelekcji Tarnowskiego – należały niewątpliwie wykłady prof. Mariana Sokołowskiego z zakresu historii sztuki, zwłaszcza jego wykłady w półroczu zimowym z roku 1889 na 1890 o sztuce włoskiej w epoce Odrodzenia. Punktem kulminacyjnym tego kursu były wykłady o Michale-AnioIe Buonarottim, które i przez to jeszcze wyryły się trwale w pamięci licznych słuchaczy, że na nie, otoczony garstką kilku celniejszych uczniów Szkoły sztuk pięknych, przychodził także Matejko. Wyspiański był ulubionym uczniem twórcy „Joanny ďArc”: mistrz wyróżniał go stale, tak, że ilekroć przyszedł na wykład Sokołowskiego, zawsze, pamiętam, miał przy sobie Wyspiańskiego, z którym też zazwyczaj szedł przez całą drogę ze Szkoły sztuk pięknych do uniwersytetu. Z nim rozmawiał najchętniej, w nim widział największy zadatek na przyszłość, do niego miał prawdziwą słabość.

Ale bo też wystarczało spojrzeć na Wyspiańskiego, na jego delikatną płowowłosą postać młodego pazia o panieńskiej cerze z różowymi kolorkami, ażeby zgadnąć, że przez te jasno-niebieskie oczy, patrzące dziwnie łagodnie i inteligentnie zarazem, może wyglądać tylko niepospolita dusza, tylko niezwykła indywidualność artystyczna. Zaprzeczyć się nie da, że było coś Grottgerowskiego w wyrazie twarzy tego 20-letniego ucznia „majsterszuli”, a kiedy go się widziało na Plantach, idącego razem z Matejką, wątłym i zgarbionym, to mimo woli było się skłonnym do uwierzenia, że jeśli w kogo wcieli się kiedy tytaniczny duch twórcy „Kazania Skargi”, to najprędzej w tego młodzieńca.

Po wyjeździe z Krakowa, na długo straciłem Wyspiańskiego z oczu. Bliżej zetknęliśmy się z sobą dopiero po latach dziewięciu, we wrześniu r. 1899.

Wyspiański mieszkał wtedy w staroświeckiej kamienicy przy placu Mariackim. Blady, mizerny, z ciemno-blond włosami, z krótką rudawą brodą i długimi konopiastymi wąsami, z głęboko osadzonymi i podsiniałymi oczyma, o anemicznych ustach, robił wrażenie człowieka, trawionego gorączką… Poza tym wiał od niego dziwny spokój, dziwna łagodność, dziwne coś z Fra Angelica.

Był on już wtedy autorem sześciu tragedii (wydanych własnym nakładem), ale godzina jego sławy jeszcze nie była wybiła. W gronie najbliższych przyjaciół i znajomych cieszyły się te „tragedie” zasłużonym uznaniem, a „Lelewel” i „Warszawianka” miały już za sobą ogniową próbę desek scenicznych, ale mimo to zapatrywano się nań głównie, jako na malarza, jako na twórcę polichromii w kościele Franciszkanów i paru znakomitych witraży kościelnych, odznaczonych na różnych konkursach. O jego wielkich kompozycjach pastelowych, o „Topieli” i fantastycznych „Skarbach Sezamu”, zarówno jak i o jego ilustracjach do „Iliady” w przekładzie Rydla, zdania były podzielone: jedni się unosili nad nimi, nazywając je rzeczami genialnymi, pełnymi oryginalności i poezji, dla drugich były to „dziwactwa”, których „nie rozumiano” – co zresztą było prawdą – i z których „dekadentyzmem” nie umiano się pogodzić.

Jak wszyscy zgrupowani wtedy dokoła „Życia” przedstawiciele „młodej Polski”, podobnie i Wyspiański bywał wieczorami „sztamgastem” u Turlińskiego w „Paonie”. Pamiętam jeden wieczór, któryśmy tam przegawędzili przy czarnej kawie, a podczas którego on, ulegając mej prośbie, opowiedział mi swoje curriculum vitae.

Urodzony w roku 1869 w Krakowie, z ojca artysty-rzeźbiarza, przyjaciela Matejki, od najwcześniejszego dzieciństwa ujawniał pociąg do malarstwa, tak że gdy tylko w roku 1887 ukończył gimnazjum św. Anny, zaraz zapisał się do Szkoły sztuk pięknych, której dyrektorem był wtedy Matejko.

Od dziecka – opowiadał mi Wyspiański – łączyła mnie serdeczna przyjaźń z Mehofferem, który też jest moim kolegą ze szkolnej ławy. Jednego roku otrzymaliśmy maturę, jednocześnie zapisaliśmy się do Szkoły sztuk pięknych. Jak w gimnazjum, tak i tu zawsze trzymaliśmy się razem, a gdy Łuszczkiewicz, który uczył rysunków, wskrzesił konkurs na kompozycję, dając za temat koncert Jankiela z „Pana Tadeusza”, pierwszą nagrodę przyznano mnie i Mehofferowi. Od chwili mego wstąpienia do Szkoły cieszyłem się wyjątkowymi względami Matejki. „Stary Matjasz”, jakeśmy go nazywali między sobą, bardzo się mną interesował… Był to czas właśnie, gdy go całkiem pochłaniały roboty około restauracji kościoła Panny Marii. W drugim roku moich studiów w szkole, gdy już sklepienie w kościele Mariackim, zarówno w prezbiterium, jak w nawie, było wykończone – i gdy przystąpiono do dekoracji ścian, powierzył mi Matejko rysowanie na kalce jego kartonów, po czym w ten sposób otrzymany patron, zwany przepróchą, przytwierdzało się do ściany i przecierało czernidłem, tak, że na tynku zostawał wykropkowany gęsto cały kontur. Wykończywszy rysunek węglem, nakładało się go farbami, cieniowało i modelowało według samego kartonu. Oczywiście do wykonania rzeczy figuralnych, wymagających wyższego kunsztu, potrzeba prawdziwych artystów: u Panny Marii pracowali nad tym malarze tacy jak Cynk, Lepszy, Radziejowski, Lisiewicz, Zembaczyński i inni; tła i inne roboty ornamentacyjne wykonała zwykła malarska czeladź tymi samymi sposobami.

O tym współpracownictwie Wyspiańskiego z Matejką przy polichromowaniu ścian kościoła Mariackiego wiadomo skądinąd, że rola młodego artysty nie ograniczała się do przenoszenia kartonów Matejkowskich na kalkę. Oto, co pisze naoczny prac owych świadek, Lucjan Rydel: „Prawą ręką Matejki przy prowadzeniu tego wielkiego dzieła był Stanisław Wyspiański, naówczas jeszcze uczeń krakowskiej szkoły sztuk pięknych. Miał on wtedy zaledwie lat dwadzieścia, a jednak Matejko polegał na nim tak dalece, że powierzył mu kierownictwo całej technicznej strony malowania”.

„Gdy roboty w kościele Panny Marii miały się już ku końcowi – ciągnął dalej autor „Melagra”, gdy już usunięto rusztowanie z prezbiterium, i gdy za dotychczasowy udział w robocie otrzymałem honorarium, zdecydowałem się wyjechać trochę za granicę, do czego mnie głównie namawiał Stryjeński. Udałem się najprzód do Wiednia, potem do Włoch północnych, zwiedziłem Szwajcarię, Francję, Niemcy, rysując głównie zabytki architektury gotyckiej. Po powrocie do Krakowa i półrocznym tu pobycie, uzyskawszy stypendium dla dalszego kształcenia się zagranicą, pojechałem wraz z Mehofferem do Paryża ażeby tam, jeśli to będzie możebnem, wstąpić do „Academie des Beaux Arts”. Wstęp tam, zwłaszcza dla cudzoziemców, jest niesłychanie utrudniony, trzeba stanąć do konkursu, którego warunki są obliczone na to, żeby jak największą liczbę kandydatów odrzucić. Jakoż, choć rysunki nasze, któreśmy zrobili, nie były najgorsze, nie przyjęto nas. Nie pozostało nic innego, tylko wstąpić do prywatnej Akademii malarskiej Cola-Rossiego, gdzie pod kierunkiem takich malarzy, jak Courtois, Girardeau i Blanc, także można było nauczyć się wiele. Było to w roku 1891. Przez dwa lata nie ruszałem się z Paryża, a nadsyłane stamtąd do Krakowa rysunki moje nie budziły sarkania. Owszem, Matejko nawet orzekł, że źle nie jest. Było to wiele z jego strony, w Paryżu bowiem dokonała się we mnie zmiana, z której Matejko specjalnie mógł być niezadowolony. Jak wszyscy młodzi malarze, wychodzący z Krakowa spod oka Matejki, podobnie i ja ulegałem dotąd wpływom jego genialnej indywidualności. Dopiero w Paryżu otrząsnąłem się spod tej Matejkowskiej przewagi i odczułem siebie samego, a przyszło mi to tym łatwiej, że miałem już wytkniętą własną drogę, mianowicie w kierunku dekoratorskim i ornamentacyjnym. Wprawdzie malarstwo stalugowe pociągało mię zawsze, a i dziś jeszcze niekiedy mię kusi (choć najbardziej nęci mnie pastel), ale najwięcej miała dla mnie uroku ornamentyka monumentalna. Niezależnie od tego byłem wtedy prawdziwie enrage na punkcie portretów i sztychów pastelowych (naliczyłoby się ich najmniej ze czterdzieści), a były to przeważnie typy zolowskie, wizerunki takich ludzi, którzy stanowią świat „Assomoire’u” i „Ventre de Paris”. W tym także czasie zacząłem się oddawać pracy literackiej, napisałem „Warszawiankę” i dalszą część „Legendy”. W drugim roku pobytu mojego w Paryżu dostałem zamówienie na witraż do katedry lwowskiej. Jako temat obrałem sobie śluby Jana Kazimierza, przedstawiając sobie króla w zachwyceniu, w chwili wizji. Zaabsorbowany tym tematem, napisałem jednocześnie akt tragedii pt. „Śluby Jana Kazimierza”. Ukończywszy szkic do witrażu, pojechałem z nim do Lwowa, a gdy mi ten szkic zaaprobowano, pojechałem do Krakowa, gdzie go miano wykonać. W Krakowie pokazałem szkic ten Matejce, z którym miałem ciężki spór o pojęciu przedmiotu samego; on go pojmował inaczej zupełnie, mianowicie tak, jak skomponował swoje niedokończone „Śluby Jana Kazimierza”, ja zaś sobie to wyobrażałem inaczej. Ostatecznie zostałem przy swoim. Ażeby wykonać ten szkic, nająłem sobie pracownię na Wolskiej ulicy i tu zeszła mi zima. W ciągu tej zimy przeczytałem Rydlowi moją „Warszawiankę”.

Źródło: „Życie i sztuka”, dodatek do tygodnika „Kraj” , Petersburg, 4 (17) stycznia 1902

Ilustracja: Stanisław Wyspiański – „Autoportret w kontuszu”, 1892-94, olej na płótnie, 35 x 46,5 cm, Muzeum Narodowe, Wrocław

 



Kategorie:Sztuka, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: