Rocznik Literacki 1937 o „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza

zdj. 2
Witold Gombrowicz 1918 r.
IBL

Stan duszy, z którego zrodziła się ta dziwaczna i męcząca książka, jest ważniejszy i o wiele bardziej interesujący niż ona sama. Ten stan – w innych rejestrach duchowych – wyraził kiedyś Dostojewski „jękiem”: Boże, ja mira Twojego nie prinimaju! I tutaj jest niemożność przyjęcia świata, bezsilny opór wobec chaosu, głupoty, kłamstwa, nonsensu – w wymiarach metafizycznych, społecznych, artystycznych i innych. Tylko inna reakcja: nie w duchu Dostojewskiego, lecz raczej w duchu Gogola lub Sołoguba. Jakże te „miny”, „gęby” i „pupy” Gombrowicza przypominają „nosy” i „chari” tamtych pisarzy rosyjskich! I rzecz ciekawa (bo tu nie może być mowy o wpływie literackim): czyżby podobne reakcje artystyczne wynikały z podobnych przyczyn? To materia warta szczegółowego zbadania.

Autor tego studium metafizycznego infantylizmu ogłosił komentarz do swego dzieła (w Wiadomościach Literackich, nr. 733); w komentarzu tym powiada, że jego utwór „jest wyrazem nienawiści, lęku, wstydu człowieka wobec bezformia i anarchii… nie jest pamfletem, polemiką, krytyką, ale po prostu jękiem jednostki, która broni się przed rozprzężeniem, gwałtownie domaga się hierarchii i formy, a zarazem widzi, że każda forma uszczupla ją i ogranicza”; potem autor daje wyraz wątpliwości, czy udało mu się „dobrze napisać jęk powyższy”. Otóż jęk napisany jest dobrze o tyle, że – pomimo wszystko – czytelnik może go usłyszeć i może sobie zdać sprawę z jego charakteru. Ale z wielkim trudem i z niemałą czasem irytacją. Tak – forma wizji sennej musiała odpowiadać temperamentowi autora i pozwoliła mu osiągnąć efekty, które w innej formie byłyby nie do pomyślenia. Ale jakiż by to był pociągający eksperyment, żeby „duchowe treści” Ferdydurke wyrazić w formach realizmu powieściowego!

Wielki wybór form – chociażby na przestrzeni od Dostojewskiego do Virginii Woolf. A przecież możliwe są w tym zakresie coraz to inne, nowe kombinacje – bez nudnego mechanizmu wizji sennej. W każdym razie „jęk” źle został napisany pod jednym względem: niepotrzebne, mylące i niecelowe są rozdziały o Filidorze i o Filibercie „dzieckiem podszytych” oraz dygresyjne przedmowy do tych rozdziałów. I to trzeba stwierdzić, pomimo wszystkie złośliwości pod adresem krytyków, którymi autor się w owych dygresjach obwarował. Rozdziały te – najfatalniej wzorowane na S.I. Witkiewiczu – przerywają rozwój „zapędzania” bohatera „w młodość” i na pewno nie uwyraźniają ani nie potęgują „jęku”.

Książka Gombrowicza kończy się takim wierszykiem: „Koniec i bomba. A kto czytał, ten trąba”. Wierszyk ładny, książka ważna jako etap w rozwoju niepospolitego talentu i jako oryginalna „spowiedź dziecięcia wieku”. Ale to musi być etap. Następna książka nie może być napisana w tej samej manierze; autor nie powinien za długo tkwić w „ferdydurce”. Bo wtedy czytelnik miałby wszelkie prawo odwrócić ładny wierszyk i powiedzieć: „kto pisał, ten trąba”.

Źródło: „Rocznik Literacki”, Warszawa 1938



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: