Witold Gombrowicz – odpowiedź do Brunona Schulza [1936]

literaci1934

Bruno, stary dzieciaku, jak my wszyscy zresztą! Wyznaję, że nie miałem zamiaru zabierać głosu powtórnie w tym numerze Studio. Gdy jednak Bogusław dał mi do przeczytania Twoje pismo, od razu pojąłem, że nie mogę nawet na okres miesiąca zostawić publiczności bez repliki. Rzeczywiście – odwróciłeś role; uchyliłeś się od pikantnego sądu doktorowej, a natomiast mnie sądem swoim postawiłeś w sytuacji niezmiernie drażliwej, o krok od najjaskrawszej groteski.

Wyobraźnia Twoja spłatała Ci figla. Przeniosłeś nas myślą w jakąś urojoną świetność. Pisząc niektóre swoje apostrofy zapomniałeś chyba o moich ciotkach, które zdumieją się słysząc, że ich dobry Wicio jest projektem na wielkiego humanistę, oraz że z pięty wykluwa mu się nowy organ. Nie dałbym trzech groszy, czy nie pomyślą zacne kobieciny, że po prostu urządzamy tu sobie autoreklamę. Przepraszam Cię, święty Bruno, za myśli tych kobiet, nieuleczalnie sceptycznych w przedmiocie własnych siostrzeńców. Za śmiały, za dumny jesteś, zbyt górnie zapiałeś, robisz na mnie wrażenie człowieka – bez ciotki – czy zdaniem Twoim winniśmy zapomnieć o nich, egzystować jak gdyby me było na ziemi istot, w których przechowała się pamięć naszych krótkich majtek?

Tak to zbyt wyniosła wyższość podjudza, prawem reakcji, zuchwałą i zjadliwą niższość. Czynisz mi zarzut, że jednoczę się z jej destrukcyjnym działaniem? Owszem, owszem, prawda, marzyłbym o wprowadzeniu na wasze koturny pojęć takich, jak ciotka, łydka, noga, krótkie majtki oraz innych tym podobnych pojęć kompromitujących, dyskwalifikujących, niedojrzałych, szyderczych, pośrednich, poślednich, śliskich i zielonych, które Ty nazywasz niedoludzkimi, a które mnie wydają się arcyludzkimi. I chciałbym samego Goethego skonfrontować z jego ciotką, łydką – chciałbym za pomocą łydki zniszczyć wasze oblicze pisarskie!

Skąd u mnie, zapytujesz, tak niedowarzone zapędy? Dlaczego, miast czuć się Pisarzem, czuję się raczej chłystkiem i siostrzeńcem ciotki, dlaczego nogę silniej odczuwam, niż duszę i wciąż w mej pracy twórczej mam na uwadze krótkie majtki? Nie wiem, jak tam u was – ale ja osobiście bardzo daleki jestem od spokoju z jakim celebrujecie nabożeństwa przed ołtarzem Sztuki, hołdując Pięknu, Dobru, Prawdzie, oraz innym ideałom.

Bo ostatecznie, Matko Święta, sytuacja takiego kapłana nie jest że dwuznaczna i wątpliwa? Nie mówię już o tym, że jego nagość wyszydza jego strój pontyfikalny i że nabożeństwo możliwe jest tylko w kostiumie, na golasa zasię byłoby zupełnie wykluczone. Ale nawet poszczególne części jego ciała kłócą się ze sobą w sposób gorszący i haniebny i, jak powiedziałem, łydka (żeby ograniczyć się na tym przykładzie) policzkuje jego twarz ‚subtelną, gdy twarz znowu pomiata i gardzi prymitywną łydką.

Co gorzej, poszczególne części jego ducha, niejednolitego (jak słusznie stwierdziłeś) pod względem rozwoju, również kłócą się i jątrzą heterogenicznie. A dalej, czyż życie prywatne pisarza na każdym kroku nie kompromituje życia publicznego? Czy niezałatwione małostki, drobnostki nie skrzeczą jego wielkości? Czyż oddolne sfery społeczeństwa nie nabijają się ze sfer odgórnych, uważając wszystko, co tam się wyrabia, za blagę, zgrywę, bluff i samooszukaństwo?

A czy przeszłość wasza nie rzuca niemiłego cienia na waszą teraźniejszość? Na jakich to drogach osiągnęliście dojrzałość, którą dzisiaj puszycie się tak namiętnie? Nie rozumiem tego: patrząc na was zdawać by się mogło, że nigdy nie byliście chłystkami – że i dzisiaj nimi nie jesteście – że nie macie łydek, mamek, ciotek – że dla was tylko Dola Człowiecza, Miłość, Śmierć, Przeznaczenie Ludzkości i tym podobne horyzontalne problemy. A cóż to za naiwna maskarada?

Zbyt gorący, Bruno, zbyt niecierpliwy jesteś w swoim dążeniu wzwyż, zanadto Ci pilno do tych najwyższych rejonów, w szparkim pędzie łydki zgubiłeś po drodze. Dlatego Cię mierzi, gdy czujny przyjaciel zajedzie Cię od strony łydek. Albowiem w stylu literackim, w aktualnym stylu życia publicznego, nie ma wprost sposobu uporania się ze sferą poślednią zagadnień łydczanych, można tylko ratować się paliatywem wzgardy, lub taktowną ignorancją. Za łatwo i tanio odbywa się proces uwznioślania. Skaczemy od razu na najwyższy poziom, wyżywamy się w sztuce samym czubkiem naszej istoty, a nie załatwiony, właściwy, rzeczywisty poziom egzystencji nadal domaga się głosu. Pochodzi to stąd, że jeden pisarz drugiemu podbija bębenka, jeden drugiego podnieca nieustannie do wyższej wyższości, dojrzalszej dojrzałości, do wspanialszej, górniejszej nutki, do serca i duszy – aż wreszcie nietaktem staje się samo wspomnienie o łydkach pisarza.

Przejrzałem Twoją grę! Nie umiejąc zająć stanowiska wobec trywialnego, niesmacznego faktu z doktorową, którą Cię poszczułem, aby skubała Ci łydki, uciekłeś się do pochlebstwa, wywyższyłeś mnie w nadziei, że ja, wywyższony, przestanę Ciebie poniżać. Myślałeś, że nadęty Twym pochlebnym sądem przywdzieję strój pontyfikalny i będę dyskutował z Tobą na temat „wysokiej ascezy” i „nieprzekupnego smaku”. Nie, nie, huzia, huzia, doktorowo, huzia, bierz go, łap aj, kąsaj, po łydkach, po łydkach! Póki nie wyznaczysz swojego stosunku do tych palących zagadnień, nie może być mowy o żadnych wysokich ascezach.

Mój Bruno kochany, wiem, że teraz, jak tylko kto wspomni o łydce, to zaraz mówią, że z Freuda i koniec. Oczywiście łydka u mnie nie znaczy wcale Freud i grubo pomyli się ten, kto ją taki ujmie. A czy zauważyłeś w swoim liście pewien akcencik „nie na serio”? Jest to najlepszym dowodem, że sam w głębi ducha czujesz, iż cała dialektyka Twoja jest powyżej Ciebie. Jest to, Bruno, żeby już powiedzieć wszystko, głos nieczystego sumienia. Co prawda i mój list nie jest wolny od tej wady. Jakże trudno określić swój poziom! Na każdym poziomie czujemy się jak ryba wyjęta z wody. To by wskazywało, iż właściwym naszym żywiołem powinna być pewna mieszanka poziomów. Ale nie widzę dlaczego mielibyśmy sycić Bogusława dodatkową dyskusją na temat mieszanki.

Całuję Cię w czoło, Twój
Witold Gombrowicz

Źródło: „Studio”, 7/1934

Ilustracja: Jan Kochanowski, Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy), Roman Jasiński i Bruno Schulz, Warszawa 1934, fot. Jan Kochanowski / archiwum E. Jasińskiej / Fotonova



Kategorie:Listy, Źródła

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: