Witold Gombrowicz – „Łańcuch nietaktów” [1936]

reklama1936

Czytelnicy znają przebieg małego, lecz prawdziwego dramatu jaki zdarzył się pomiędzy nimi, a Brunonem Schulzem i mną, w ostatnim numerze Studio. Ponieważ ja wywołałem dramacik, mnie przystoi wygłosić jego morał.

Sens sprowokowanego przeze mnie eksperymentu w najprostszym ujęciu przedstawia się, jak następuje. Zazwyczaj literat opracowuje jedną tylko dziedzinę wyrazu. I tak często się zdarza, że pisarz zupełnie pewny siebie w sferze np. czysto artystycznej, zawodzi i kompromituje się nieprzyjemnie, gdy przyjdzie mu zabrać głos w delikatnych kwestiach prywatnych. Zdaje się nam, że to inny człowiek. Naraz odkrywamy w nim nieumiejętność, której nigdy byśmy się nie domyślali, gdyby życie nie wytrąciło go z normy. Owóż ten tylko osiąga realną osobistą korzyść z opanowania słowa, kto potrafi władać nim z równą pewnością w każdym zakresie i każdą cząstkę ducha swojego zdoła przerzucić na zewnątrz. W przeciwnym wypadku literat będzie może tworzył wcale dobre poematy, ale w swej fragmentarycznej sztuce pozostanie bezbronny wobec pełnej rzeczywistości życiowej.

Od dłuższego czasu intrygowało mnie, czy mój przyjaciel Bruno Schulz sprawnie działający piórem na wyżynach czystego artyzmu, potrafi dać sobie radę na innym odcinku. Postanowiłem zabawić się w życie z Brunonem – napisałem do niego list otwarty, świadomie nietaktowny, w którym donosiłem, że nazwano go wariatem i pozerem – i wyzwałem, by publicznie wybrnął z sytuacji.

Schulzowi przytrafiło się to, co mogłoby się przytrafić w takim przypadku najlepszym nawet, ale niepełnym, niecałkowitym pisarzom. W obliczu nietaktu stracił się; a stracił się dlatego, że mój list pomimo niewinnych pozorów miał jedną cechę niebezpieczną – był bardzo osobisty. Nie był zaproszeniem do obiektywnej, filozoficznej dyskusji, w której człowiek kryje się za problematem, ale domagał się załatwienia, że tak się wyrażę, za pomocą własnej osoby. Szlachetny i czysty lecz niepraktyczny poeta wpadł. Przede wszystkim tchórzliwie uciekł przed moją doktorową, ,maskując odwrót grandilokwencją. Po wtóre w drugiej części swojej odpowiedzi wystąpił z żartobliwie patetyczną odezwą, która postawiła mnie w położeniu nadzwyczaj trudnym.

Przeczytawszy to pismo, ucieszyłem się. – Teraz – pomyślałem – pokażę, jak się wychodzi bez szwanku z zupełnie już autentycznej i niesfingowanej opresji. Atoli rzecz była trudniejsza, niż mi się zdawało. Z kolei ja wpadłem. Odpowiedź moja, która miała być lekka, humorystyczna i bagatelizująca, okazała się w kontekście z listem Schulza, ciężkawa i niedostateczna. Humor zawiódł. Stąd – wrażenie pewnego niedociągnięcia, do którego przyznaję się z „rozbrajającą naiwnością”.

Czy z tego wynika, że Schulz i ja jesteśmy snobami? Tak twierdzi p. J. E. Skiwski w „Tygodniku Ilustrowanym”. Powiada, że korespondencja nasza jest klasycznym preparatem snobizmu literackiego, że „umieszczając się na punktach szczytowych, z których mówi się już tylko o rzeczach ostatecznych” uczyniliśmy ze swych przygód intelektualnych przedmiot kultu i popisu, że taka „personalna eschatologia” jest przedwczesna, a co zatem idzie – nietaktowna.

Czy jednak pan Skiwski uważa, że literat nie ma prawa do nietaktu – o ile nietakt jest świadomy i służyć ma doprowadzeniu pod pióro nowych treści? Czy twórczość literacka nie polega między innymi na przerabianiu nietaktownego na taktowne i niesmacznego na smaczne? Czy zatem miejsce literata nie jest na pograniczu nietaktu?

Ale dla pana Skiwskiego piszący powinien zamknąć się w sobie i póty doskonalić się i przetwarzać, póki wreszcie nie wystąpi z gotowym wynikiem przetworzeń – nie przyznaje on pisarzowi prawa kształtowania się na piśmie w żywym, realnym i bezpośrednim kontakcie z ludźmi, chce żeby literat naprzód sam się zrobił. Tylko kompletnie zrobiona i powszechnie uznana postać literacka ma według niego prawo spowiadać się ze swych prywatnych przeżyć. Dla niego literatura jest magazynem gotowych wyrobów.

Jest to koncepcja – bardzo słuszna i prawdopodobnie równie słuszna jak ta, wedle której żywa i zgodna z życiem literatura jest dziedziną także wyrobów niegotowych i która uznaje, że obok pracy samotniczej, może istnieć również żywa współpraca pomiędzy zorientowanym w swoich brakach autorem, a krytycznym czytelnikiem, że czytelnik może uczyć się właściwej formy na błędach pisarza, że autorowi wolno narazić się na ryzyko napisania złego utworu, zabłąkaniu się na teren nieopanowany, po to, aby ten nowy stosunek, nowy układ pomiędzy nim, a czytelnikiem pobudził płodne dla obu stron emocje. Bo jeśli mam doskonalić się w swoim pokoju, aby następnie pisać doskonałe dzieła, to już te dzieła mnie osobiście nie są wcale potrzebne – już i bez nich się udoskonaliłem. Nie zamierzam wdawać się w teoretyczne spory z panem Skiwskim, stwierdzam tylko, że dopatrzył się istoty mojego eksperymentu tam, gdzie jej wcale nie było, mianowicie rozgrywkę wobec czytelnika wziął za literacką i abstrakcyjną dysputę.

Nie przeczę, że przy tej sposobności zostały wyrażone pewne myśli natury ogólnej. Lecz p. Skiwski nie atakuje tych myśli, odmawia nam po prostu prawa do myślenia publicznego na pewne tematy. Ustanawia hierarchię tematów i hierarchię osób. Uważa, że są sprawy, które może rozważać tylko Gide i Mauriac, zapomina wszakże, że wówczas panu Skiwskiemu przede wszystkim nie byłoby wolno rozważać Gide’a i Mauriaca. Nie jest że dziwny taki pogląd w ustach człowieka, który nic innego nie robi, tylko w krótkich i z konieczności pobieżnych artykułach porusza problematy, do których – wyrażając się jego terminologią – nie dorósł i ocenia ludzi, którzy przerastają go o całe niebo. Któż tu się umieszcza na punkcie szczytowym? Kto zajmuje najwygodniejsze stanowisko? Przyjmując chociażby na chwilę tę formalistyczną i sztywną hierarchię, p. Skiwski sam się kładzie, życie bowiem nie znosi szkolarstwa.

A dalej zarzuca, że potrafię „do wyżyn problematu wysubtelnić i wyśrubować osobiste niedogodności, z którymi pora się każdy pisarz”. Zaiste, jeżeli nie wolno pisać o sprawach ogólnych ani też nie należy czynić problematu z własnych niedogodności, niewiele pozostaje do zrobienia. Czyżby sądził, że osobiste niedogodności, a zwłaszcza takie z którymi każdy się pora, nie są problematem? (Każdy – bo trudności pisania właściwie pojęte są także trudnościami zwykłego mówienia).

Jestem najzupełniej odmiennej opinii. Według mnie ja sam jestem jedynym tematem, do którego upoważniła mnie natura, tylko osobiste niedogodności mam prawo poruszać, a wielkie problemy o tyle tylko są mi dozwolone, o ile stanowią moją prywatną niewygodę. I uważałbym za bardzo wskazane, by pisarze zwłaszcza młodzi i jeszcze nie tak „wykończeni”, zerwali z nonsensem wstydliwego milczenia o sobie – gdyż dzieła ich, nie będąc arcydziełami, mogą nie być rzeczywiste w sztuce, oni sami zaś pośród swych niedogodności na pewno są rzeczywiści, żywi, ciekawi i pouczający nawet w wadach i nieuniknionych poślizgnięciach. Niestety jak dotąd poczytuje się za dowód zarozumiałości pisanie o sobie i w tej drażliwej materii wytworzył się obyczaj bardzo płytki i formalistyczny. – Ach, są rzeczy ważniejsze ode mnie, nie jestem pępkiem świata, nie chcę nudzić nikogo moją skromną osobą etc. etc. Ale czyż „personalna eschatologia” nie jest przejawem właśnie – społecznego instynktu, czy nie jest hołdem, złożonym przez jednostkę społeczeństwu? I czy nie jest to najprostsza i najrzetelniejsza droga do uspołecznienia jednostki? Lecz u nas nikt nie jest zwykłą piszącą jednostką, każdy musi być zaraz „literatem”, „artystą”, „twórcą”, kandydatem na Gide’a i aspirantem do „wielkości”. Chmura brzemienna śmiesznością „kariery pisarskiej” zawisa nad każdym, kto z tych czy innych przyczyn ogłosi choćby jedną książkę. Zwłaszcza Schulz, który dopiero po czterdziestce zaczął pisać, pali się do kariery!

Kapitalnym argumentem p. Skiwskiego jest, iż naśladowaliśmy wielkich pisarzy i przybierali pozy, że to była nieświadoma czy też półświadoma mistyfikacja. P. Skiwski zapomniał, albo może nie wie, że element bardzo świadomej mistyfikacji jest nam obu wspólny i jak najdobitniej zaznacza się w utworach Schulza, a wszystko, co ja dotychczas napisałem, było właściwie tylko mistyfikacją i parodią. Kiedy mistyfikacja może być moralna, jakiej korekty wewnętrznej wymaga, aby nie wyrodziła się w tandetę, jakie są jej plusy i minusy, – nad tym można by się rozwodzić długo i szeroko. Dla mnie pewna wykrętność formy nie tylko na piśmie, lecz i w mowie, wynika z poczucia, że żadna forma nie jest równoważna mej rzeczywistości; stąd, nie będąc nigdy zupełnie prawdziwy, wolę podkreślić dysproporcje, niż pokryć je wypracowaną i bardziej jeszcze kłamliwą prostotą. Prócz tego mistyfikacja jest czymś w rodzaju psychicznej protezy, umożliwiającej większą swobodę ruchów, co niekoniecznie musi być niedobre.

Lecz może p. Skiwski zabroni mi tak filozoficznej racji, ponieważ nie jestem Gide’em. Wobec tego powiem, że aczkolwiek nic nie wolno, wolno przecież w miesięczniku literackim i przeznaczonym dla inteligencji posłużyć się bardziej skomplikowanym i subtelnym chwytem, nie narażając się na zbyt prymitywne osądy. Insynuować nam najgłupszy snobizm, samouwielbienie i upajanie się na kredyt wielkością .jest – daruje p. Skiwski – dzieciństwem.

Nie trzeba być Mauriac’iem, aby się nie zmieścić w podobnie schematycznym i symplistycznym ujęciu. Uczeń z gimnazjum czułby się w tym nieswojo. Mogę to sobie wytłumaczyć tylko łatwością insynuacji – istotnie dużo łatwiej zainsynuować bliźniemu coś w gorszym gatunku, niż w lepszym. I mam wrażenie, że natrafiamy tu na jeden z symptomów chronicznej blednicy naszej krytyki – zbyt skorej do robienia „klasy” cudzym kosztem. Formalistyka jest śmiertelnym wrogiem formy. Jeżeli każda śmielsza próba będzie gaszona formalistyczną szykaną, nikt z ludzi nigdy nie osiągnie formy i każde nasze słowo będzie ni przypiął ni przyłatał, jak gruszka na wierzbie.

Artykuł niniejszy piszę we własnym imieniu. Schulz, być może, jest innego zdania. Nie wiem jakiego zdania jest Schulz, ale wiem z pewnością, że i jego zdanie nie pomieści się w wywodzie p. Skiwskiego. Bo też nie można wszystkim zalecać arbitralnie tej samej „higieny duchowej” – jednym pastylki „Cyprys” szkodzą, a innym właśnie wychodzą na zdrowie.

Źródło: „Studio”, 8/1936



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

1 reply

Trackbacks

  1. Witold Gombrowicz – „Łańcuch nietaktów” [1936] — Zapisz.org – Stan Subiektywny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: