J.K. Kochanowski – „Do przyszłej Polski” [1919]

swietoniepodleglosci

Cudem do życia państwowego zbudzona, stanęła w oczach naszych Polska wobec pełni tych zadań istnienia, od których nie jest wolny żaden w świecie naród, mający prawo powiedzieć o sobie: cogito, ergo sum.

Gnębieni od szeregu pokoleń, demoralizowani i oduczani od samodzielności narodowej przez wrogów; wyręczani ich mózgiem we wszystkich niemal zakresach bytu, stali się liczni Polacy ofiarą zbiorową sugestyi, dyktującej im niewiarę w siły własne. Wolno też powiedzieć bez przesady, że między stanem świadomości narodowej Polski niepodległej, której byt polityczny przerwała przemoc, a stanem świadomości analogicznej czasów ostatnich położyły ręce wrogów tamę, zmieniającą w oczach spostrzegacza postać zasadniczą fluktów przyrodzonych żywiołu polskiego.

Fale jego, toczące się ongi łożyskiem szerokim, a mimo braków pozornych pełne i zwarte, przybrały z czasem dla nurtu postać utajonej rzeki podziemnej, a dla powierzchni kształt nikłego strumyka, sączącego się poprzez zwał tamy, ubijanej butem wroga. Duch narodu, szukając drogi własnej, jął płynąć pod ziemią, a intelekt polski – myśl jego „polityczna”’, uzurpująca sobie moc i prawo kierowania nawą żywiołu, przesiąkała na powierzchnię przez te szczeliny, które jej niekiedy przypadkowo, a częściej umyślnie, pozostawiała w grobli złośliwie ciesząca się przedwcześnie swym tryumfem przemoc.

Szczęściem, „myśl polityczna”, zmierzająca daremnie do przyprawienia narodowi cudzej głowy, nie wykraczała nigdy zbytnio poza granice własnych swych kałuż: szczęściem, duch narodu, porywający się spod ziemi z każdem pokoleniem na ciemięzców, nie przestawał ani na chwilę być sobą. Dziś nurty narodu nie zbrukane i czyste, dobywające się cudem pełną swą falą z ukrycia na powierzchnię, mają do spełnienia jedno przede wszystkim zadanie pozostawienia kałuż obcej Polsce „myśli politycznej” za sobą, a wyłonienia natomiast z siebie – w pełni światła i możności czynu własnej idei przewodnie — bezpośredniego w znaczeniu narodowym, jeśli nie historycznym, ciągu dalszego swej pełnej przeszłości dziejowej.

Wiek XIX nie przeminie bez śladu. To prawda. Jest on jednak dziesiątą zaledwie częścią okresu znanej nam przeszłości Polski, a cząstką nikłą tych czasów minionych, otchłannych a tajemniczych, w których łonie powstawała, krzepła i rosła psychika nasza -będąca odbiciem rodzonego swego podniebia; nieśmiertelna w znaczeniu dziejowym dusza narodu.

Toteż ciężar nieszczędzonych Polakom „rad dobrych”, rodzących sugestyę wrażą, nie przeważa, zaiste, rdzennych sił naszych, zwłaszcza, że towarzyszą im okoliczności rozwoju dziejowego, nader dla nas i swoistych cech polskich szczęśliwe.

Oto Polska, dzięki warunkom swym geograficzno-historycznym, oraz tym aryjskim właściwościom psychicznym, które z przeszłości otchłannej wyniosła, była od wieków retortą przyrodzoną, ziemią obiecaną osiadłego, w twórczym znaczeniu cywilizacyjnym, wolnego Obywatela, przeciwstawiającego się zasadniczo otaczającym go pół-osiadłym i koczowniczym niewolnikom. Była iście zdumiewającą, jedyną w swoim rodzaju, żywą przesłanką dziejową ideologii dostojeństwa człowieka i narodu, zwyciężającej dziś tak powszechnie w świecie cywilizowanym.

To jedno.

Po wtóre, dzięki pomienionym warunkom rozwoju, oraz głębokim a wyjątkowym przeżyciom swoim, Polska – jedna bodaj w Europie – zyskała możność przenikania do głębi typów psychicznych otaczających ją narodów, będących z jednej strony odbiciem Zachodu, z drugiej zaś Wschodu, jako dwu zasadniczych, zapładniających się wciąż nawzajem, biegunów dziejowych.

Że zaś bez psychologii niema historii, będącej jak najoczywiściej emanacyą różnych postaci psychiki ludzkiej w ramach życia, a zasklepiający ją a outrance w kamerach dyplomacyi czciciele „nosa Kleopatry” tłumią daremnie istotne jej źródła – stawia to, pod pewnym, doniosłym względem, twórczą wolę Polski w warunkach wysoce korzystnych na przyszłej arenie dziejów.

Toteż czas już po temu wielki, aby wypełniający ideologię naszą polityczną i kulturalną kanon niewoli, dyktujący nam zawsze i wszędzie pomiar spraw i rzeczy polskich, niewspółmierną z niemi, cudzą miarą, zamienić wreszcie na inny, właściwy wszystkim ludom wolnym i – ważyć się na ocenę obczyzny z własnego punktu widzenia.

Cisną się tu na myśl różne względy zasadnicze. Najpierw w stosunku do Niemiec, recte Prus, jako pogranicznej, podniesionej względem nas do potęgi, wykładni historycznej instynktów zachłannych świata germańskiego.

Czysty typ słowiański, najpełniej w pośród narodów współplemiennych ocalały w Polsce, jest typem – potencyonalnie i dziejowo – o wiele ideałom cywilizacyjnym wszechludzkim od germańskiego bliższym. Rzecz to niewątpliwa. I oto, mimo przewagi technicznej na wszystkich polach życia; mimo całego, wielowiekowego wysiłku swej energii potężnej, nie tylko nie zdołali Niemcy pokonać materyalizmem swoim istoty duchowej swych ofiar, lecz pozostawili—nawet w zniemczonych pozornie do szczętu ich przedstawicielach dziejowych – zaródź przyszłej reakcyi zwycięskiej na własną swa zgubę.

Że zaś zniemczone dziś mniej lub bardziej ziemie zachodnio-słowiańskie, skazane wskutek swej lechickości pierwotnej przez naturalną kolej rozwoju na przynależność do Polski, posiadają, łącznie z ziemiami swej macierzy, wspólne z nią podłoże fizyograficzne i zasób obfity bogactw naturalnych, przeto niepodobna odmówić na przyszłość reakcyi pomienionej bodźców gruntownie realnych. Przykład tymczasowy stanowi tu obecna już postawa polityczna zniemczałych ziem pruskich i Gdańska, nie mówiąc o Śląsku, stanowiącym piękny, klasyczny w świecie wyraz potęgi nieśmiertelnej psychicznych sil plemiennych.

A jeśli zwrócimy wzrok nasz ku Wschodowi, to stosunek zasadniczy rdzennej psychiki polskiej do bolszewizmu, jako wziętej na zgubę świata w arendę przez Niemców i Żydów, emanacyi nagiej duszy rosyjskiej i jedynego jej geniuszu – geniuszu zniszczenia, otwiera przed nami widoki nie mniej w skutkach swych jasne, o ile zechcemy pojąć je należycie, ocenić i wyzyskać.

Cechą psychiki polskiej nie jest bowiem zniszczenie, lecz – twórczość. W warunkach, jakimi rozporządzała, potrafiła Polska siłę tę swoją wykazać wielostronnie w toku własnych dziejów. Zmuszona zawsze do obrony, zdołała mimo to powołać do życia i utrzymać przez wieki państwo potężne; parta przez Niemcy, stała się ostoją moralno-polityczną ich pastwy – Słowiańszczyzny Zachodniej; napastowana przez zastępy współplemiennych i litewskich, opornych wobec cywilizacyi średniowiecznej, ludów północnych, przeciwstawiła im olbrzymią, niebywale w znaczeniu duchowym zwycięską, silę organizacyi politycznej; na koniec, napastowana, podkopywana i gnębiona przez Ruś, Tatarów i Moskwę, stała się przysłowiowym walem ochronnym Europy Zachodniej przeciw barbarzyńcom.

I właśnie ów „wał”, tylokrotnie a wielorako omawiany w dziejopisarstwie, oraz w literaturze naszej i obcej, jest zjawiskiem, nad którem winniśmy dzisiaj bacznie się zastanowić. Składał się on, bowiem, zarówno niegdyś jak dzisiaj, nie tyle może ze „służebnych”, w rozumieniu zaufanego w sobie Zachodu, wysiłków militarnych Polski, podejmowanych w obronie chrześcijaństwa, ile z bardziej rdzennych czynników psychicznych, z których ani obcy, ani bodaj nawet my sami nie zdajemy sobie dostatecznie sprawy.

Źródło istotne tych czynników – to głębia duszy aryjskiej, przechowana w przeczystej swej postaci w Polsce rdzennej: głębia duszy, wzdrygającej się wobec wszystkiego, co podłe, płaskie i niskie.

Praca dziejowa Polski nacechowana była zawsze tą właściwością promienną: czy to w średniowiecznej walce słownej rektora krakowskiego. Pawła Włodzimierzowica, z krzyżackim Falkenbergiem; czy w dziele Unii polsko-litewskiej, w traktacie Ostroroga; w wyznaniach politycznych co do Turcyi, Jana Zamoyskiego; w ślubach Jana Kazimierza; w urągającej powszechnemu egoizmowi stanowemu Konstytucyi 3-go Maja; w Kościuszce, w Poniatowskim i w późniejszych ruchach wolnościowych, czy wreszcie w całej, olbrzymiej literaturze patryotycznej naszej XIX-go stulecia.

Właściwość ta rodziła w rdzennym typie polskim, w stosunku do barbarzyństwa moskiewskiego, jedno zawsze uczucie: rozbieżności ideałów człowieka pełnego i pół-człowieka – antynomii ducha i materyi, twórczości i zniszczenia…

Głębokie to odczucie, zawarte na ogół w niespaczonej psychice polskiej rdzennej, nie zaś tylko w wybranych jej przedstawicielach, kazało nam zawsze dzicz nazywać dziczą: wtedy nawet, kiedy wieńczona laurem życia, obsługiwana przez możnych tego świata, a nawet opiewana niejednokrotnie przez urzędową jego elitę, bestya ludzka zdawała się tryumfować już ostatecznie nad prawdą cywilizacyi.

Potęga duchowa Polski rdzennej jest niezmożona. Leży w niej, jako w źródle istotnem racyi bytu narodu, podstawa trwała jego przyszłości, oraz ekspansyi jego wpływów, bez względu na postać formalną tymczasowych granic politycznych państwa. A leży w niej i coś więcej jeszcze na pożytek i chwałę ludzkości – bo najgodniejsza dostojeństwa ludzkiego misya uczłowieczania tych, co w szeregu sąsiadów naszych pomocy takiej niezbędnie jeszcze potrzebują.

Optymizm myśli powyższych, snutych sub specie aeternalis rozwoju, a jakby przechodzących do porządku nad błędami, jakich dopuścić czy dopuszczać się możemy, płynie nie tylko z obfitych, a tak znamiennych przesłanek psycho-dziejowych Polski: płynie on z opartej na ich podstawie wiary głębokiej, że – omijając obce, wrogie typowi naszemu ścieżki cudze – zwyciężymy, idąc jedynie własną naszą drogą.

Na drodze tej duch nasz narodowy pokonał już cały bezmiar przeszkód, poczynając od jadu ciemięzców, kończąc na narzucanej mu „myśli politycznej” własnych uzurpatorów – sterników.

A ponad to wszystko jedna jeszcze uwaga – tym razem zwrócona w stronę obecnych panów świata: Voltaire niegdyś oświadczyć, że – gdyby nie było Boga – należałoby Go stworzyć. Dzisiejszy polityk-psycholog, rozejrzawszy się w stosunkach Europy Środkowej, winien by dojść do wniosku, że – gdyby nie było Polski — należałoby, właśnie na jej terytoryach, między Niemcami a Rosyą, powołać do życia naród o jej typie dziejowym: osiadły naród Wolnego Obywatela, który, znając na wskroś swych, groźnych dla świata sąsiadów, potrafiłby z jednej strony, dzięki swej rdzennej a głębokiej osiadłości rodzimej, cywilizować szarańcze Wschodu: łupieżcze, dziś dzięki bolszewizmowi zdemaskowane, hordy koczownicze barbarzyńskiej Rosyi; z drugiej zaś, dzięki naturalnym silom moralno-dziejowym typu swojego, zmiękczać stopniowo, na pożytek człowieczeństwa powszechnego, twardą, nieprzystępną jeszcze uczuciom ludzkim, duszę tygrysią narodu bez sumienia: odwiecznych rozbójników pruskich.

–  A furore Normanorum libera nos, Domine – śpiewano niegdyś w świątyniach Europy Zachodniej. Minęły wieki, zmieniły się formy i dekoracye polityczne świata, ale treść niebezpieczeństwa, tkwiącego w różnicy otchłannej dusz narodów twórczych i niszczycielskich, pozostała sobą.

Jeszcze w stuleciu XI wielki papież, Grzegorz VII, postanowił uwolnić świat od przemocy „svnów Nemroda”, a na położonych przez niego fundamentach wznosiły stulecia następne budowę cywilizacyi.

Historya, nie powtarzając się formalnie, z głębokiej treści tworzywa swego czerpie wskazówki swoje, bo jest, a przynajmniej być może i powinna – Mistrzynią Życia.

Biada tym, co pojąc wskazówek tych nie umieją, albo – nie chcą.

 

Żródło: „Tygodnik Illustrowany”, 49/1919

Zdjęcie: Obchody Święta Niepodległości w Warszawie w 1937 roku, żródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe



Kategorie:Historia, Źródła

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: