Tadeusz Breza – „Rozważania o eseju” [1939]

tadeuszbreza

Niedawno na pewnym zebraniu literackim Stefan Napierski wystąpił z żałobną tezą, powiadając, że piękny rodzaj, jakim jest esej, umarł. Posypały się głosy popierające tę tezę, jak również wyjaśnienia i sprzeciwy. Ponieważ czasu było mało, ograniczono się do krótkich wypowiedzi, raczej nawet haseł. Ale można było sobie z nich wiele dośpiewać. Oto rzeczywiście fakt zarówno godny zadumy, jak i troski. Bez kwestii, smutno byłoby, gdyby przepadł ten gatunek świetny, tylu piórom, tylu wybornym umysłom przez tyle czasu służący.

Oglądając się za siebie, spotykamy go w obfitości. Miał swój złoty wiek. Wiek królowania. Miał również pewien jak gdyby własny kraj, który z wszystkimi swymi myślami i tematami do niego się uciekał. W czytelni British Museum zgromadzono w całości tomy z zebranymi angielskimi esejami owej złotej epoki. Namęczyłby się każdy ciekawy, przeciągając palcem po płowych skórzanych grzbietach, i zdumiałby się wielkością i glorią nazwisk, które zawarł ten – jak z łacińska mówią Anglicy – corpus ich XVIII-wiecznej eseistyki. Jest tego pięćdziesiąt tomów. Pięćdziesiąt tomów w jednym kraju na jedno stulecie – to ma swoją wymowę. Zwłaszcza gdy sobie uprzytomnimy, że cała krasopisarska wytwórczość tego wieku ledwo że osiąga liczbę dwustu tomów. Stąd widać, jak w Anglii naprawdę w tym czasie esej jako forma literackiej wypowiedzi górował nad innymi. Przodując im co do wartości i co do wpływu.

Ale jeszcze od tego wieku cofnijmy się w wstecz do Francis Bacona, autora paru dziesiątków esejów, do Montaigne’a ojca rodzaju, bo to on go począł, on sam obrał mu imię, nie zdając sobie sprawy, że nazwa się zachowa zarówno jak i gatunek, któremu w chwilach uszczypliwości wymyślał od głupstw i bzdury. Irytował go, budził w nim niepewność. Użyty przez się termin: esej rozumiał jako „pierwsze zastosowanie” i w momentach zniechęcenia nachodziła go może myśl, że to również będzie ostatnie. Tymczasem esej przez setki lat i w dziesiątkach krajów się rozplenił. Ale oczywiście od samego słowa należy odróżnić samą rzecz.

Wielu nazywało swoje prace esejami. Wolter nie zawahał się tym słowem zatytułować potężnego dzieła o dwustu rozdziałach. Leibniz zbijał filozofię Locke’a, mniemając, że pisze esej. Nietzsche z pewnością zgodziłby się, że jego rozsierdzona i energiczna książeczka o ,,Narodzinach tragedii” to esej. Proustowi powieść coraz to wymyka się w esej. A wśród angielskiej eseistyki z początku XIX wieku znalazłby się niejeden paszkwil, który przybrał pozory eseju, chcąc właśnie dla siebie spożytkować to, co się w tej nazwie mieści z bezstronności, bezinteresowności i porozumiewawczości.

Nie zawsze więc esej z nazwy jest esejem z treści. Tak jak z drugiej strony nieraz coś, co nie nosząc właściwie tytułu, w istocie spełnia wymagane warunki. O „Charakterach” Teofrasta, następcy Arystotelesa w jego Lyceum, mówiono, że to całkiem jak eseje. Bacon nie bez słuszności to samo powiadał o „Listach” Seneki. I na pewno tak odrębny, tak specyficzny rodzaj literacki jak esej nie mógł ni stąd, ni zowąd całkowicie gotów zrodzić się raptem w marcu 1571 roku, kiedy to zmartwiony i oderwany od świata Montaigne zasiadł, any szukać w swych uwagach, wyciągach i cytatach ukojenia i wewnętrznego ładu. Piórem jego kierować musiały pewne wzory. Może to były listy starożytnych, gdzie myśl się ani jednością tematu, ani metodą nie krępuje. Może średniowieczne glosy, te oderwane wstawki na marginesach, te ni to zwischenrufy, ni to mruknięcia na boku, jak w komediach bywa. A może do wywalczenia esejowi samodzielności ośmieliły Montaigne’a dawne apoftegmata. Zbiory sentencji, kolekcje trafiających w sedno odezwań się wielkich ludzi, rodzaj właściwie sztambuchu, który w podnioslych celach zapoczątkował Plutarch, lecz co się później z wolna przekształcił w swobodne, osobiste, wedle gustu i własnego widzimisię sporządzone wypisy. A więc coś, co dziś nazywają Francuzi cahier de lecteur. Jakiś więc zeszyt czytelnika, w którym on sobie, cichcem i jak umie, bierze na kieł czy pochwała autorów poznawanych.

Oto źródła i wzory eseju: listy, glosy i wreszcie spostrzeżenia życiowe. Cytaty, sentencje, wyimki z pisarzy, dobrze zmieszane z własną osobowością. Bez niej, bez wyraziście zakrojonej indywidualności czytającego, bez jego replik nic ma eseju. Bez replik tworzy się z cytat i cudzych fragmentów ogród, ale dopiero kiedy przezeń przewieje wicher ducha, rodzi się esej. Montaigne był właśnie takim czytelnikiem czynnym. Gromadził materiał, setki osobnych zdań i faktów, potem zaś starał się uchwycić swoje reakcje. Nie uprawiał mimo to jakiegoś systemu, nie opracowywał żadnego wybranego działu wiedzy. Nie. Owoce podobnego hamowania były innej natury. Ich smak polegał na tym, że odnajdywały nieoczekiwane połączenia, związki, pokrewieństwa, wspólności, do których nie doszłoby się za pomocą żadnej innej metody. Tylko właśnie wiodły do nich takie intelektualne susy, swobodne włóczęgi, próby przejścia na przełaj. Ma to w świecie myśli swą wartość, bo służy do odkrywania z nagła widoków i perspektyw niespodziewanych. Jest w nich coś z poetyckich metafor, co tak samo nieoczekiwaną spójnią wiąże rzeczy czy sprawy, którym nawyk kazał dotąd żyć na dwu biegunach.

Lecz z tego wnosić nie należy, że esej zasadza się na bezładnym gonieniu i na przypadkowych odkryciach. Wprawdzie mózgi solidne i majestatyczne zawsze mierził pewien element beztroski, który przynależy do eseju. Obruszano się na nonszalancję tej formy, a krytyk angielski, surowy doktor Johnson, napiętnował eseje jako nieporządne i nieprzetrawione kawałki. Ale choć takiemu ujęciu nie można odmówić pewnych racji, bo esej ma naturę dowolną, chętnie przeskakuje z tematu na temat, upodabniając się już do gawędy, już to do prelekcji, którą by ktoś wygłosił o ciekawostkach, jakie mu się na język nawinęły, nie trzeba się zbyt gorszyć tym trybem, gdyż istnieje coś, co trzyma esej w ryzach. Konieczną dla każdego dzieła jednolitość i nieodzowne zwarcie nadaje mu coś innego. A tym jest osobowość piszącego.

Składa się na nią – prócz wszystkich zalet zawsze niezbędnych dla artysty jeszcze pewna osobna cecha, będąca z pewnością punktem wyjścia eseju. Ta cecha to punkt widzenia. To strona, po której się stoi. Dodajmy, to z reguły – druga strona. To kąt widzenia, pod którym się patrzy. To wieczne twórcze i odnawiające widzenie z boku. Trzeba to pojąć jak najszerzej. Zatem nie tylko widzenie z boku, lecz poprzez co innego, więc poprzez inny zawód, więc poprzez inną kulturę, więc poprzez inną umysłową formację. Niezależnie od tego, po jaki esej sięgniemy, jeśli to będzie rzeczywiście esej, a nie jeno z samej nazwy, sprawdzi się, że znajdziemy w nim materiał erudycyjny czy spostrzeżeniowy przepuszczony przez jakieś specyficzne, nigdy do tego materiału nic stosowane sito. Najpowszechniej będą to fakty nagromadzone przez naukowców, oświetlone przez rozsądek genialnego laika. Cały angielski corpus esejów, o którym wspominałem, z takiego właśnie zestroju wyrasta. Potężny ruch filozoficzny, który wtedy Anglię ogarnął, zrodził się i wyżywał poza uniwersytetami. Czerpał od nich fakty i materiały, ale wiązał je własnymi sposobami, nie posiłkując się żadną, z zawodowych metod. Poprzestawał sobie na węchu, na psim swędzie, na błyskach mądrości, na jakimś różdżkarstwie, które w sprawach czystego intelektu, nieraz bywa, że prowadzi do źródeł.

Z głów plejady eseistów, z Locke’em i Hume’em na czele, tryskały odkrycia. Poprzez szkła własne ujrzeli oni nowe i godne uwiecznienia rzeczy, ale – i tu następuje drugi co do wagi dla eseju element – nie kroili ze swych wynalazków dzieła naukowego, stosując się do obowiązujących ówczesnych uniwersyteckich fasonów, lecz układali sobie z całkowitym pominięciem fachowości taką ni to próbę, ni to szkic, ni to zarys – właśnie esej porządkując myśli zwykłymi, domowymi środkami. Przemawiając zatem jak choćby nawet genialni, ale laicy. Tu możemy dać już charakterystykę eseju, bo jesteśmy ostatecznie gotowi. Oto esej powstanie, skoro przed oczami pisarza zbiorą się jakieś dane, on na nic popatrzy poprzez jakieś okulary, a potem opowie, co zobaczył, ale nic z punktu widzenia specjalisty od tych danych, lecz z punktu widzenia okularów, które nałożył.

Najprzeróżniejsze szkła obierano sobie. Mówiłem już o zdrowym rozsądku. Sławny lord Macaulay wprawił szkła etyczne. W esejach swoich rozpatrywał artystów pod kątem moralności. Sądził ich, ale nie był to sąd estetyczny, lecz jak gdyby sąd ostateczny. Występowała się na nim w ogołoceniu z całego światowego dobytku, z powodzenia, talentu i uroku, ponieważ wyrok swój opierał Macaulay wyłącznie zważając na moralne zasługi. Podobne szkła etyczne często eseistom dogadzały. Emerson je nosił. Lamennais i de Maistre. Ale prócz takich szkieł istnieje mnóstwo innych. Gryząco sceptyczne Swiffa, finezyjnie niedowiercze France‘a albo z jakiejś specyficznej obranej sobie prawdy, którą się przykłada do terenów dla niej dziewiczych. Takie prawdy mogą pochodzić z najróżniejszych hierarchii. Dla Chestertona było nią chrześcijaństwo i moralność tej religii. Z zetknięcia tego elementu z obszarami zgromadzonej erudycji wytrysły cudowne Chestertonowskie eseje. Dla Nietzschego z wczesnej epoki – fascynujący problem, czemu to Grecy, naród najgoręcej uwielbiający życie, akurat musieli stworzyć najbeznadziejniejsze tragedie. Ale nie mnóżmy przykładów. Może tylko, skoro wspomnieliśmy o tym pisarzu, przytoczmy, jak scharakteryzował zadania pewnego eseju: „Widzieć wiedzę przez optykę artysty, sztukę przez optykę życia”.

Przez różne optyki, poprzez różne szkła, często poprzez zupełnie zwiewne pośredniczące tkaniny spogląda eseista na dane delikatnym medium i zdarza się, że bywa szczególnie swoisty sposób myślenia. Pozwala on oglądać powszednie sprawy i powszechnie wiadome prawdy jako nieoczekiwane i nowe. Inni eseiści patrzą znów poprzez jakąś myśl przeczuwaną. Wybierają się z nią w tereny naukowe. Wyrzucają wszystko z szuflad, a potem próbują składać wedle owej zasady, która im się objawiła intuicyjnie. Wyprawa taka nie ma jeszcze charakteru ścisłości. Jest jakąś przednaukową formą, forpocztą, która naukę poprzedza, zatknięciem sztandaru w miejscu najpierw wziętym w posiadanie przez błysk natchnienia, zanim tam przystąpią zawodowe logiczne formacje. Bywa również, że esej powstaje z potrzeby lirycznej, z chęci ujrzenia spraw pewnych poprzez pryzmat poezji. Kraj rzeczy, na który się zwróci takie oko, dociąga się wówczas do wznioślejszego poziomu. Wyrównuje się, przytula i współbrzmi z liryczną osobistą struną. Bo to właśnie tak jest z esejem, że zwołuje on dane, którym się przyjrzał, ku jednej zasadzie, układa je wokół niej, grupuje, misternie scala, rozkazując rozprysłym, z różnych krynic czerpanym kroplom, by się z nagła obnażone dowolną regułą stały jednym strumieniem.

Kiedy się o eseju powiedziało tyle, wypada choć wspomnieć o jego głównym managerze. O prasie. Różnie na niej esej wychodzi. Od wieków się z nią stowarzyszył. Publikowany sporadycznie czy stale, bo przecież nieraz esej się w niej jawił w formie cotygodniowej pogadanki. Dość tu przypomnieć Sainte Beuve’a. A France, a Lemaitre, a Gautier, a Faguet, a Lamb, a dzieje angielskich XVIII-wiecznych periodyków. „Spectatora” i „Guardiana”, gdzie esej święcił tryumfy – jakie to związane z prasą! A u nas Boy Żeleński w pismach o Fredrze albo w dziewiętnastu tomach o teatrze czyż nie klasyczny wzór eseisty, „Widzącego sztukę poprzez optykę życia.”. Ten również nie rozstawał się z prasą.

Pewne więc, że można być bez szkody u niej lokatorem. Choć to stosunek niebezpieczny. Bo ten manager jednego się nauczył od eseju. Także nakłada szkła. Przez nie byle felieton wydaje mu się esejem. A przecież felieton po jednym dniu umiera, natomiast esej w czasie trwa.

Źródło: Tadeusz Breza, „Nelly”, 1972

Zdjęcie: Fragment przemówienia Tadeusza Brezy po otrzymaniu nagrody literackiej tygodnika „Odrodzenie”, PKF 25/1946



Kategorie:Proza, Źródła

Tagi: , ,

%d blogerów lubi to: