Młodym poetom serdeczna przestroga [1930]

Zgubnym błędem ustaliło się, że dziecko, które w szkole średniej zdradziło trochę talentu poetyckiego, pcha się – w dalszym ciągu – na literaturę. Ściślej: na polonistykę.

Że zaś literatura to bliżej nieokreślony kawałek chleba, przezorni wychowawcy mniemają, że ów akademicko wykształcony poeta – literat (!) winien być, rzecz bardzo prosta, nauczycielem języka ojczystego w szkole średniej.

Tym sposobem „twórcownią”, młodego poety, przybytkiem, w którym powiększać się ma i pogłębiać jego dusza, wzmagać talent, staje się – uniwersytet. Obok, wnet, szkoła średnia, gdzie odbywa próbną belferkę.

Na młodziutką twórczość walą się oto dwa kamienie grobowe. Musi być człowiek i silnym talentem i krzepkim organizmem, aby go owa dwoista praktyka doszczętnie u wrót życia nie zakatrupiła!

Najświatlejszy, najmniej papierowy pedagog uniwersytecki może ci, bracie-poeto, udzielić jedynie tych darów boskich, jakie sam posiada. Jeżeli zrobi z ciebie choć „o tyle” dobrego nauczyciela. że natchnie cię gorącą wiarą w apostolstwo twego powołania śród młodzieży, w konieczność etycznego oddziaływania, z serca do serca, dał ci wiele.

Śród uczniów swoich znajdziesz, bracie – poeto, garstkę przyjaciół na całe życie. Ludzi czujących i myślących. zdolnych żywić dla ciebie wdzięczność za twój skrzydlaty ofiarny zapał i pobłażanie dla twej pomiędzy ludźmi nieznośnej inności.

Bo w tym gwóźdź całego nieporozumienia ze światem. Sedno błędu i nieświadomej zbrodni, popełnianej i przez kierowników i doradców na tobie: czy nosiłeś, twórco, włosy długie, czy strzyżesz je dziś krótko, czyś drapował się w pelerynę artyzmu, czy nosisz najordynajniejsze palto lada zjadacza chleba, jesteś inny. Inny niż świat przeżuwaczy i konsumentów kultury duchowej.

Razisz. Gorszysz. Obrażasz, mimo najlepszych nieraz chęci. Masz inną wrażliwość. Inne tempo psychiczne. Inny w tobie rytm życia.

Obawiam się więc, że mimo twych polotów, a raczej przez te twoje skrzydła, inicjatywę, oryginalność nie na miejscu, nie będziesz dobrym nauczycielem. Wrażliwość twoja wprędce się znuży. Nie będziesz prawidłowo odbębniał po raz piąty i dziesiąty ministerialnych programów. Narazisz się wizytatorom. Rodzicom uczniów. Radzie pedagogicznej. Oni będą mieli rację. O ile jesteś człowiekiem szczerym względem siebie. uderzysz się w piersi: poczujesz swoją winę, swą bezradną naiwność wobec roztropnych ludzi.

Krzywda nienazwana. Jednak, oni będą mieli rację. Nie ty. Bo twoje apostolstwo, twoje posłannictwo, twój czyn społeczny nie leży u warsztatów pedagogicznych. Zrozum to wcześnie, bracie – poeto!

Twój czyn społeczny – to twórczość. Miej siły uwierzyć w to. Miej siły wiarę tę jasno przeciwstawić radom otoczenia, wśród którego w 999 wypadkach na 1000 nie masz człowieka twórczego, zdolnego wyczuć cię i zrozumieć twoje drogi.

Fachem twoim, tym, który pomaga ci istnieć, abyś mógł możliwie swobodnie tworzyć, niech będzie zajęcie możliwie najmniej zużywające twą energię umysłową. Pracuj na poczcie! W biurze. W sklepie. Gdzie bądź. Ale – i właśnie – wszkole nie! Bo nauczycielstwo – to fach, który wymaga całkowitego oddania się; który ssie najżywotniejsze siły duchowe. Nauczycielstwo – to swoista poezja. Tworzysz, kształtujesz młode dusze. To szczytnie i pięknie. Ale to nie twoja dziedzina.

Twoja dziedzina – to piękne słowo. Zrozum to! Broń się świadomie i silnie! „Twórcownią” zaś twoją, szkołą, w której kształcisz się dozgonnie, cały świat. Nie uniwersytet!

Owszem, interesuje cię wykład tego czy innego prelegenta, słuchaj go. Ale strzeż się zawodowych studiów. Czego nauczą cię na polonistyce? A mój Boże! To wymaga żywego przykładu.

Więc np.:

– Ja bym chciał, proszę stryja, prawdę mówiąc, studiować biologię
– Co? biologię? Z takim talentem!

Rozumiej: z talentem w piórze. Wniosek: biologowi nie wolno by mieć chochlika talentu w piórze. Nie wolno mu być poetą.

Poetą może być tylko – humanista. Tylko polonista.

Nie każdy dzieciak zdobywa się na odwagę zdeklarowania się wręcz jako „wyrodne dziecko”. Poczyna się więc owa humanistyka czy polonistyka. Szczególniejsza twórcownia poety. Mordownia raczej, powiadam.

Przywykłem w dzieciństwie chronić się od wszelkiej dulszczyzny pod skrzydła trzech wieszczów. Żyłem, w głębokim sieroctwie swoim, z Norwidem i Wyspiańskim. Urzekały mnie spadziste śnieżne turnie Micińskiego. Tam odzyskiwałem swobodę oddechu Byłem z nimi jakby we własnym domu.

Teraz zaś oto, za progami najwyższego przybytku wiedzy, więc także wiedzy o sztuce – bom spodziewał się, że dowiem się jednak czegoś o sztuce od mistrzów wiedzy najwyższej – teraz poczyna się taka bajeczka, prawdziwa, jedna z wielu A to właśnie skłoniło mnie odezwać się do was!

Dzieciak więc najpierw pisze rozprawę; zjawiskową, uderzającą; samoucką, niemetodyczną. Ale pisze coś. O jednym z trzech wieszczów. Wypłacają za to jakąś ekstra nagrodę. Ale dzieciak chce – rosnąć! rosnąć! Chce pracy. Czuje do niej wielkie skrzydła. Proponuje – z duszą na ramieniu wobec wielkiego uczonego – swój temat. Nieudolny. Zbyt obszerny. Może być.

– Z Mickiewicza ani Słowackiego nie dam!

Dosłownie.

Dziecko po dziesięciu minutach tego rodzaju colloquium charitativum czuje się na samym dnie poczucia własnej nędzy. Śmieszności własnych aspiracji. Gdzież mi tam, istotnie, durniowi, do królestwa trzech wieszczów?! Tam wkracza się dopiero – po doktoracie. Z pewnością.

Na razie więc…

– Na razie proszę przeczytać powieści Anny Mostowskiej. (Ojej? to była taka?).

– A potem? – potem powieści pani de Genlis. Bo tam muszą być jakieś wpływy.

(Uczone piekło wpływów literackich. A dusza twórcy gdzie? – Najwygodniej w wypadkach, gdy nie interferuje niemal wcale).

Anna Mostowska. Była i taka. Szczęściem niezbyt płodna. Za to… Żanlisa: coś około 60-70 tomów beznadziejnej ramoty.

Dziecko zaciska zęby. Co dnia, od ósmej do drugiej, a był to, jak na złość, piękny miesiąc maj – miażdży tę wściekłą Żanlisę. Jakby kto młody, mocny, głodny zażerał się, systematycznie, trocinami. Rosną czarne stosy pilnego maczku notatek.

Na podwórku biblioteki gruchają gołębie. Z kościoła pijarów dochodzi śpiew organów. Za kratami okna – słońce. Nic to! Zmóc. A potem? – per aspera ad astra. Naturalnie.

– Panie profesorze, już mam 40 tomów. Ale tam nie widzę żadnych wpływów na Mostowską?

– To proszę czytać dalej.

Tyle. Z wyżyn katedry. W beznadziejnie mrocznym lesie wykładów różnej filozofii (czy profesor, od piątego wykładu począwszy, musi, doprawdy, zawsze przychodzić nieprzygotowany?) , w labiryntach różnej też scjencji gramatycznej, w których czaiły się na bezwzględną nieświadomość smoki „jorów”, „jerów”, sekreta „dyspalatalizacji”, „metatez”, indoeuropejskiego „sandhi”.

Za dużo. Za mądre to wszystko. Za mądre na głupi rozum wędrownego grajka. Który ma jedną tylko wiedze i godność: wędrownego grajka. Który ma jedno powołanie: sztukę.

Za oknami fabryki literatów kasztan rozkwitał i kiwał zieloną ręką: per angusta ad augusta. Albo przeciwnie.

– Ależ, panie profesorze, ja się więc od pana niczego, nigdy, nie dowiem o sztuce ?

Nie, nigdy, bracia poeci. Nauczę was, metodycznie, dzieło sztuki anatomizować jak trupa. To nawet pożyteczne wiedzieć, jak się to robi. (Tylko lepiej samemu za dużo tego nie robić). Np. w balladach jakiego zacnego autora powyławiać wszystek motyw „pędu i lotu”, i wszystkie wartości kolorystyczne, i wszystkie wartości dźwiękowe. Omówić to porządnie. W kategoriach estetyki Lippsa. I.t.p.

Ale zrozumże, mój dobry poeto, świadomość tej sztuki o sztuce nie doda ci ani trochę rozmachu do lotu, czy pędu. Ani trochę barw na palecie twej, strun też na lutni twej nie przysporzy.

Nie tędy ci droga!

Masz zdobyć, twórco, najpełniejszą, wiadomość o życiu. O życiu polskim. Dobrze.

Życie polskie nie zaczyna się ani kończy na polonistyce uniwersyteckiej, w językowym ani literackim seminarium.

Utalentowany poeta, obcujący od dziecka, bezprzestannie, z wieszczami narodu, nie zaś z fuszerami, partołami prozy i poezji, jakich żyłują na uniwersyteckich seminariach, poeta ma wrodzony i wyszkolony i wyrabiający się wciąż zmysł językowy. Utalentowany poeta sam jest twórcą języka.

Język – to nie martwy posąg. To żywy organizm. To ciągłe, wielkie naprzód!

Od nieinteligentnych przeżuwaczy kultury (twierdzę, że są pośród nich także ludzie inteligentni) słyszy dziś twórca, że język jego odbiega od „klasycznych” wzorów, a zatem jest błędny. „Klasyczne” te wzory były wszelako, niegdyś, dla mnóstwa współcześników, kamieniem obrazy. Pociesz się więc, bracie – poeto!

O ile jesteś utalentowanym poetą, dowiesz się za lat pięćdziesiąt czy sto, żeś oto współtworzył z rówieśnymi język świeży, zachwycający, „klasyczny”. Zagościcie z kolei w wypisach szkolnych. Nie martwcie się nic!

A dziś, miły bracie, gdy opuszczasz ławę szkolną i chcesz uczyć się dalej, obierz sobie… marynarkę handlową czy wojenną (pomyśl! będziesz współżył z morzem!), obierz sobie przemysłówkę (będziesz współżył ze sztuką ludowa). obierz…  niechże cię niesie gdzie badź po wiedzę, byleś się nie pozwolił przykuć do kieratu naukowości.

Na żywy Bóg, z daleka od systematycznych literacko – językowych studiów.

Bo świat uczony i świat artystyczny spotykają się jedynie w mauzoleum.

Źródło: „Wiadomości Literackie”, 38/1930



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: