Kto wchodzi do królewskiej Katedry na Wawelu, uderza jego wzrok nie aureola monarszej korony, ale blask srebrnej trumny tego świętego narodowego, co zerwał się do walki – z okrutnym tyranem. Ledwo wychylając się z pomroków pra-dziejów, już mieliśmy w sobie pewne skłonności wrodzone – do rokoszu. Już pisarz współczesny Chrobremu Dytmar podnosi, że ten władca „musi z swym ludem postępować jak z wołem i smagać go jak ociężałego osła i że w ogóle panujący bez ciężkich kar nie da sobie rady z tym ludem, jeśli chce być sam cały”.
Naród burzliwy, rokoszny, gotów rzucić się na władzę – oto pierwszy nasz wizerunek. Nasza pierwsza legenda piastowska zaczyna się buntem przeciw Popielowi i elekcją rokoszową Piasta. I odtąd idą wciąż rokosze, detronizacje, nowe elekcje, jedne po drugich: rokosz Masława, rokosz przeciw Bolesławowi Śmiałemu itp.
Pierwszy Polak, co ujął pióro, aby napisać nasze dzieje, mistrz Wincenty, uważa za ideał monarchy takiego władcę, co zniesie dobrotliwie policzek, jaki wymierzy mu jego poddany! Kronika ta roi się od ciągłych rokoszów i to do tego stopnia, że pewien pisarz, czytając ją na początku XIV w., zniecierpliwiony tym bezustannym łańcuchem buntów, wybuchnął w końcu gorzkim wyrzutem pod adresem Polaków i tak napisał na marginesie tej kroniki:
„Polacy, gdy się im jaki władca nie podoba, obierają sobie innego. Polacy z dawien dawna byli zawistni (zazdrośni), niestali, bawili się tak swymi władcami, jakby wielkanocnemi pisankami”.
„…O duchy
Jak wy do buntu i do zawieruchy
Skorzy! Zawsze, jak widzę. Polacy.
(Słowacki, „Samuel Zborowski”).
Z każdego Polaka wystrzela dusza rogata, czupurna, nieustępliwa, nie znosząca przymusu, ponad całość narodu się wynosząca, rozrywająca i przekraczająca zasadę solidarności; jak za dawnych czasów, tak i dziś niejednokrotnie jednostka wynosi się ponad ogół i rozdziera Polskę na sztuki. Wciąż jesteśmy jakby narodem sobków, który wyraził swego ducha, rozbijając sejm przez osławione „liberum veto”.
„Da geht es zu, wie auf einem polnischen Reichstage” mawiali Niemcy o burzliwych i kłótliwych zebraniach. Śród owych marginesowych dopisków kroniki mistrza Wincentego czytamy: „Gens in se discordans” tj. naród kłótliwy, wzajemnie się w łonie swym niszczący, podkopujący, warcholski, niezgodliwy, „gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania”.
„Prędzej w morzu wyschnie woda
Niźli u nas będzie zgoda”
(Fredro, „Zemsta”).
Polacy są – jak zeznawał ów pisarz na marginesie – „invidi”: zawistni, zazdrośni, stąd te bunty. Kto u nas ujmie ster rządów, kto wybije się ponad ogół, tego w tej chwili ściga zazdrość. Ledwo kto zaczął rządzić, już upada.
Choć nie lubimy inicjatywy u innych i wpychamy ich na nowo w głąb bagna bierności, to jednak sami garniemy się do steru i chcemy panować, jak powiedział Herburt na sejmiku w r. 1588: „w Polsce każdemu się chce królować”, a jak mówi nasze przysłowie: „Każdy Polak rodzi się do korony” – uważa się sam za wcielenie Polski, za jej króla, za głównego jej wyraziciela. Nieźle Bakunin ujął charakter Mierosławskiego, kiedy powiedział Le demier mot, że on jest Ludwikiem XIV Polski. „La Pologne c’est lui”. Rozsadza nas wygórowana ambicja i duma.
Każdy chce u nas królować – powtarza Kalinka – „a nikt nie chce być posłuszny”. Nie znoszą Polacy przymusu, ograniczeń, zakazów. Nasz sławny „nierząd”, którym „Polska stoi”, wywodzi się stąd, że – „wolno w Polsce jak kto chce”.
Oczywiście, że ta wada najdobitniej zaznaczyła się śród szlachty (przysłowie „Panu wszystko wolno”), ale jest ona pra-polska, jest cechą i naszego włościanina, każdego Polaka. Słusznie pisze Dmowski w swej pięknej książce „Myśli nowoczesnego Polaka”, że dzisiejszy chłop wzbogacony wykazuje wszystkie dawne wady szlacheckie. Wzorem chłopa był pan i był w ogóle typem narodowym -ogólnopolskim. Podczas gdy typem Holendra, Szwajcara, Francuza był raczej mieszczanin, to typem Polaka był zawsze – szlachcic.
Swego czasu szlachta polska tak przerosła i przygasiła wszystkie inne warstwy, że typem Polaka stał się – Polonus – wąsal w kontuszu z karabelą. I za granicą Polaka uważali jako pana. W Rosji czy na Ukrainie zwą nas do dziś „panami”, wiarę katolicką „pańską”, a Prusacy w czasie wojny światowej zwali zaprzęgi polskie „panie-wagen”. Przyczyniło się może do tego, że w rozmowach Polacy nie używają ani „wy”, ani „oni”, ale „panie, pani”. Używali tych wyrażeń nawet wobec ojca i matki.
„Nie ma ulicznego żebraka w Polsce, który by był tak nędzny, żeby go dzieci jego nie zwały panem ojcem, a żonę jego panią matką”. Ton pański dominował i wśród nie-szlachty. Pewna wyniosłość, grandezza, pompatyczność, barok. „Polacy dają chętnie nazwy bardzo pompatyczne rzeczom, które na to nie zasługują, wieś zwą miasteczkiem, dwory zamkami. Słowa u nich mają inne znaczenie, jak u nas i są o jeden stopień zawsze wyższe”. „Pawiem narodów byłaś i papugą”. Naród nasz – jak mówił najbardziej pański z trzech wieszczów, Krasiński – to „fanfaron wielki”. Pańskość nadawała cechę i naszym miastom, a głównie Warszawie. Bił z niej zbytek wielkopański, wystawność. Kupiec wzbogacony pozował na hrabiego i żył nad stan. Cudzoziemcy w 1791 dziwią się temu zbytkowi Warszawy. „Często dziwię się, a gdybym był krajowcem, może bym truchlał, – jak przy tem świetnem życiu, przy tej gonitwie za przyjemnościami może jeszcze istnieć dobrobyt, jak można jeszcze z uwagą zajmować się wielkiemi sprawami”. Uderza ich „zbytek, skłonność do butelki, życie nad stan, żądza zabaw i wygodnego życia, przepych, rozpusta”.
Wszyscy bogatsi udawali panów, nie liczyli się z groszem, urządzali uczty, bankiety. W r. 1793 „w niedzielę na ulicy każdej po kilku pijanych”. „Pijatyka u wysokich i u niskich, mężczyzn i kobiet tak rozpowszechniona jak nigdzie na świecie… zwłaszcza lubią gorzałkę”. Już w r. 1575 nuncjusz Lippomano zauważa: „niejeden, aby się świetnie pokazać, wydaje więcej, niżeli pozwala stan jego majątku. Słowem Polacy lubią przepych i przesadzają w zbytkach”.
Inny nuncjusz Ruggiery pisze w r. 1565: „Szlachcic polski wydaje więcej, niż ma dochodu i dlatego prawie cała szlachta jest zadłużona… mało dba o porządne gospodarstwo”.
Pański gest kosztował nas wiele. Rosła buta pańska, ale kraj ubożał i popadał w ruin. Te pańskie zbytki i długi – to pęta, które coraz bardziej Polskę ściskały i dusiły. Pomimo to nie wszystko w tej butnej szlacheckiej tradycji należy napiętnować. Jeśli ta duma nie zwracała się przeciw Polsce samej, jeśli nie godziła w łono własnego społeczeństwa, ale rogami swymi bodła wroga zewnętrznego, to w takim razie była ona tarczą naszej niepodległości, bo zrzucała pęta obcej niewoli.
„Polak karku nie zegnie” – mówi przysłowie. Warszawa strącała obrożę i „urągała” carowi. Das stolze Volk – hardy naród – mówią Niemcy o nas.
Nawet i to straszne, przeklęte liberum veto – które tyle szkody wyrządziło wewnątrz kraju, o ile jednak zwróciło się przeciw najeźdźcom i rozbiorcom, mogło dodać skrzydeł naszemu duchowi narodowemu. Kiedy Reytan położył się na progu izby poselskiej i powiedział: „nie pozwalam” wbrew większości, która chciała uznać rozbiory, i stanął w obronie słabości naszej przeciw przemocy – wówczas jego głos nabierał wagi nie przez ilość ludzi, nie przez masę, ale mocą jego odwagi obywatelskiej – jego odwagi cywilnej, przez którą ocalał ho-nor narodu. Bezgraniczne ukochanie wolności nie pozwoliło Wybickim, Reytanom, Kościuszkom zgodzić się na niewolę i obalało wszelkie ugodowe projekty. Ono pasowało nas w końcu w Europie na czołowych rycerzy wolności, którzy o nią walczyli na barykadach stolic europejskich pod sławnym hasłem „za naszą i waszą”.
Nawet i owe rokoszowe porywy dawnych wieków, przyzwyczajające nas do ciągłego bezkrólewia, wyhodowały w nas najwcześniej bodaj w Europie poczucie narodowe republikańskie, nie wiążące się z jakąś dynastią czy tronem monarchicznym i przygotowało nas do przetrwania okresu rozbiorowego, w którym własnych królów nie stało. Zdaje się, jakby nawet czasem nasze niedomagania pod wpływem gorącego patriotyzmu przeradzały się w skrzydła naszego ducha narodowego.
Źródło: „Myśl Narodowa”, 17/1926
Kategorie:Artykuły
Reblogged this on Łódź Odysa.