Wacław Kubacki – „Sprawa Ferdydurkizmu” [Marzec 1938]

Powieść W. Gombrowicza „Ferdydurke” stała się wydarzeniem. Jakkolwiek byśmy się do niej ustosunkowali – pozytywnie czy niechętnie – nie można negować faktu, że zawiera ona wiele elementów, które pozwalają mówić o symptomatyczności tego zjawiska, o ferdydurkizmie. Zadaniem moim będzie oświetlenie tej sprawy w paru wybranych punktach, które umożliwią ogarnięcie okiem całości zagadnienia bez pretensji zresztą do jego wyczerpania.

Kwestia komentarza

Po wydaniu „Ferdydurke” ogłosił Gombrowicz w „Wiadomościach Literackich” (nr 733) coś w rodzaju komentarza do swego dzieła, aby „zapobiec ewentualnej dezorientacji krytyki“. Zupełnie to zrozumiała troska autora, by jego zamierzenia artystyczne zostały właściwie pojęte. Troski tej nie tłumaczy sama osobliwość „Ferdydurke”. Troska ta ma uzasadnienie głębsze. Nie są od niej wolni wszyscy twórcy, choćby pisali rzeczy najmniej odbiegające od szablonu literackiego. Pamiętniki, listy, wyznania, rozmowy i wywiady pisarzy dostarczają pod tym względem nie mało pouczającego materiału. Jest to odwieczne zagadnienie artystycznej wyrażalności; zagadnienie dysproporcji między zamierzeniem i wykonaniem, odczuwana niewspółmierność procesu twórczego i jego obiektywizacji, poczucie niedostatku form, głód wyrażalności – stanowią niejako rdzeń twórczości. Twórczość z istoty swej jest skazana na wieczne eksperymentatorstwo.

Tak się przedstawia rzecz od strony twórców. A jak od strony krytyka i czytelników? Krytyk wsparty pewną wiedzą historyczno-literacką nie odnosi się do komentarza tak, jakby sobie tego życzył autor. Komentarz zazwyczaj więcej mówi o twórcy niż o dziele, więcej o metodzie pracy niż o wyniku. Krytyk stara się uchwycić nie tylko to, co autor wypowiada świadomie, celowo i, ale również to co wypowiada mimo woli.

Zarówno czytelnik jak i krytyk, mając komentarz pod ręką, zaczynają sprawdzać. Wątpię, czy pisarzom zależy na tym efekcie. Przede wszystkim zawsze w takich wypadkach istnieje możliwość rozbieżności między komentarzem a dziełem: 1) z przyczyn natury socjologicznej i 2) psychologicznej. Autor, ogłaszając komentarz do swej koncepcji twórczej, suponuje. że najodpowiedniejszą formą artystyczną dla myśli wyłuszczonej w komentarzu, jest jego koncepcja. Założenie słuszne tylko ze stanowiska autora. Ze stanowiska czytelnika – nie. Czytelnik w trakcie lektury powieści jest współtwórcą, a więc również rywalem powieściopisarza. Autor, publikując komentarz, prowokuje czytelnika do poszukiwania rozwiązań artystycznych na własną rękę. Ilu inteligentnych czytelników, tyle będzie prób zerwania łączności między dziełem a komentarzem. To miałem na myśli, mówiąc o rozbieżnościach natury socjologicznej.

Przyczyną rozbieżności staje się także sam twórca. Nie będę mówił o jaskrawych przykładach dorabiania ex post ideologii do dzieł. Historia literatury zna sporo takich faktów. Obecnie mam na myśli znane zjawisko psychologiczne, że komentarz do jakiegoś dzieła staje się sam dla siebie dziełem. Wyjaśnienia Gombrowicza są dla mnie koncepcją samoistną, mającą tylko pośredni związek z książką. Podobnie sprawa przedstawiała się z komentarzami awangardzistów do własnych wierszy. Wyjaśnienia Peipera lub Brzękowskiego nie wyjaśniły ich wizji lecz dawały nowe wizje, wywołując w rezultacie kolizję ujęć. Nie jest to jeszcze najgorszy wypadek! Wprost przeciwnie – najlepszy. Komentarz może być i nierzadko bywa śmiertelnym grzechem literackim. Czy wyobrażacie sobie komentarz do „Słopiewni“ Tuwima? Słowacki, który w listach do matki lubił zwierzać się z planów literackich i bawić się w egzegezę swych utworów, nie zostawił komentarza do takich strof jak: „Anioły stoją na ojczystych polach”. Umyślnie wybrałem przykłady z poezji, ponieważ ta dziedzina literatury, jako najbardziej „integralna”, szczególnie czule reaguje na wszelkie zakusy pozaliterackie.

Z pojęciem „literatury” zrosło się tak ściśle pojęcie „wyrażania”, że ktoś gotów się wzdrygnąć na nazwanie „zakusem pozaliterackim” prób, zmierzających do spotęgowania wyrażalności w literaturze. Nieporozumienie wynika z dwuznaczności terminu „wyrażanie”. Słowo to oprócz znaczenia potocznego ma znaczenie specjalne, estetyczno-krytyczne, niekoniecznie croce‘ańskie. Potocznie „wyrażać” to nazywać, określać, formułować. W terminologii literackiej „wyrażać” to kształtować, tworzyć. Komentarze i interpretacje należą rzecz prosta do pierwszego zakresu. Literackie znaczenie „wyrażania” obejmuje wszystkie środki wyrażania, a więc również świadome niewyrażanie, celową nieokreśloność.

Wiele zamieszania wywołują, oprócz rozbieżnych teorii i sprzecznej terminologii estetycznej, rożne popularne, najczęściej nieścisłe, obrazowe definicje twórczości. I tak stanowczo nie można uznać za ideał twórczy zdolności wypowiedzenia wszystkiego, „co pomyśli głowa”. Przede wszystkim tego, co pomyśli głowa, nie podobna uznać za maximum możliwości przeżyciowych, za miernik bogactwa wewnętrznego. A następnie te sławne słowa z „Beniowskiego” grzeszą tautologią. Skoro coś można pomyśleć, można to również wyrazić. Ujęcie myślowe pisarza zawiera w sobie zarysy sformułowania słownego. Słowacki użył wspomnianych słów na oznaczenie swej sprawności techniczno-poetyckiej. Nadawanie szerszego znaczenia temu zdaniu należy uznać za niebezpieczną przenośnię. Daleko szersza jest inna, popularna zwłaszcza wśród poetów, formuła twórczości zabarwiona metafizycznie: „wyrażanie niewyrażalnego”. Paradoksalność tej wypowiedzi wyzywa do paradoksalnego odwrócenia gnomy: nieraz warunkiem poezji bywa „niewyrażenie wyrażalnego”. Tak np. ma się sprawa z poezją symbolistyczną. Twórczość zaś Gombrowicza zdradza głębokie tony symbolistyczne.

Jeśli się weźmie pod uwagę, że dzieło jest artystycznym komentarzem do procesu twórczego, a komentarz do tego dzieła staje się w najlepszym razie nowym dziełem, wyrazem nowego procesu twórczego – to usprawiedliwione wydaje się zastosowanie do tej kwestii adagium filozoficznego: non sunt multiplicanda commentaria praeter necessitatem.

„Naczelna emocja“

Książki o tak ambitnych założeniach nie mieliśmy od dawna. Gombrowicz nie uląkł się zarzutu tendencyjności. Jaskrawość tego wystąpienia literackiego polega na tym, że do tendencji przyznaje się dzieło sztuki, która, jakby się zdawało, zerwała wszystkie węzły z rzeczywistością.

„Potrzeba znalezienia formy na to, co w człowieku jest jeszcze niedojrzałe, nieskrystalizowane i niedorozwinięte oraz jęk z powodu beznadziejności tego postulatu – oto naczelna emocja mojej książki”.

Gra idzie, jak widzimy, o dużą stawkę. Zawodzą określenia w takich razach stosowane. Obraz, synteza literacko – socjologiczna? Nie. To stanowczo nie to. Wizja? Też nie. Może rebus literacko – kulturalny? Zamiar Gombrowicza można by nazwać poszukiwaniem wykładnika dla niektórych kulturalno-moralnych przejawów współczesności. Zarówno nieokreśloność terenów wierceń jak irracjonalny charakter narzędzi, przy pomocy których prowadzi się poszukiwania, powstrzymuje mnie od mówienia o sensie książki i każe poprzestać na autorskiej „naczelnej emocji”.

Naczelną sugestią „Ferdydurke” jest infantylizm. Nie ma tu mowy o infantylizmie typu biologiczno-medycznego. W ogóle nie idzie o żaden ściśle określony infantylizm. Autor posługuje się nazwą „infantylizmu” jako synonimem niedojrzałości, wynikającej bądź z opóźnienia bądź z przeskoczenia odpowiednich procesów kulturalnych. Poza to stwierdzenie nie wychodzimy. Gombrowicz nie wdaje się ani w psychologiczną ani w społeczną mechanikę infantylizmu. Dowodem schematyzmu jest również jednostronność oceny. Gombrowicz przeocza dodatnie wartości infantylizmu. Wciągnięcie zaś w tryby książki wielu spraw, nie mających nic wspólnego z infantylizmem, świadczyłoby po prostu o tym, że autor posługuje się literacką fikcją infantylizmu.

Już na pierwszy rzut oka uderza ogólnikowość koncepcji. Zapewne niejednego z czytelników zastanowiło, że autor, czyniąc z infantylizmu jądro swej powieści, nie starał się wyzyskać powieściowo wyników badań choćby charakterologicznych, nie mówiąc już o pracach specjalnych (Brissaud‘a, Peritz‘a, Kromfelda i in.), poświęconych temu zagadnieniu. Rodzaj uczuciowości, charakter psychoseksualny, typ umysłowości, nastawienie socjalne – to wszystko zostaje na boku. Strona konkretna – przejawy – zostaje pominięta, zaznaczona tylko ogólnie, „zamarkowana” (np. nazwisko państwa Młodziaków). Na czoło wysuwa się sprawa sił, czynników infantylizujących, czyli nieuchwytna strona zagadnienia. Tu ogólnikowość jest u siebie w domu. Co więcej, może uchodzić za celowy chwyt: wielka niewiadoma, chaos, tajemnica, irracjonalizm. W dalszych rozważaniach poświęcimy tej ogólnikowości więcej uwagi i omówimy jej aspekt literacki a mianowicie metaforyczność jako uniwersalną metodę artystyczną.

Sugestie infantylne trafiły na sprzyjającą atmosferę. Spośród mnóstwa mniej lub więcej widocznych procesów infantylno-twórczych dość wymienić przyczyny natury socjalnej (gwałtowne procesy deklasacyjne i szybkie wznoszenie się warstw niższych), gospodarczej (bezrobocie młodego pokolenia i w związku z tym przedłużenie zależności dzieci od rodziców, przesunięcie terminu samodzielności i dojrzałości poza trzydziestkę), ideologiczno-wychowawczej (szał pedagogii, fetyszyzacja dziecka, tromtadracja „zagadnień młodzieżowych”) oraz państwowo-ustrojowej (totalne ustroje z całym systemem obywatelskich kuratel, nianiek i powijaków).

Infantylizm ma sporo danych doi zrobienia dzisiaj kariery! Jest modny, w stylu epoki, nie przynosi wstydu. Maluczko, a będzie można nim kokietować, jak pod koniec ubiegłego wieku kokietowało się rzekomą starczością i zblazowaniem. Asnyk, nie wiele mając ponad trzydzieści lat biadał, że jest „za stary”. Lange w imieniu współczesnych pisał:

„Myśmy rajów nie śnili,
Myśmy wiosny nie znali,
My w kołysce już byli
Jako starce zgrzybiali”

Dziś na odwrót. Dziewiętnastowieczny kompleks przedwczesnej zgrzybiałości triumfalnie został wyzwolony w stuleciu dwudziestym przez wybuch spóźnionego pacholęctwa.

Problem teoretyczno-literacki

Wśród wyjaśnień Gombrowicza czytamy, co następuje:

„Ale – i tu książka staje się nieco ekscentryczna – przecież ja sam, jako autor, jestem także „dzieckiem epoki”, ta problematyka niższości, niedojrzałości, infantylizmu fascynuje mnie dlatego właśnie, że jest to i moja sprawa. Przeto „Ferdydurke” jest w pewnej mierze niedojrzała i dziecinna nie tylko w swojej zawartości treściowej, ale i w formie. Zamierzeniem moim było wypowiedzieć nie tylko niedojrzałość cudzą, lecz i własną… Będąc jak wszyscy w okresie dojrzewania, nie mogłem pisać inaczej. Jeżeli jednak ktoś przyjmie, że ta postawa nie jest istotna, lecz że to jedynie gra, udawanie niedojrzałości, aby tym wygodniej wykpić niedojrzałość innych, wówczas cała książka zyska sens fałszywy”.

Jest to stanowisko integralizmu literackiego. Gombrowicz wybrał je konsekwentnie i szczerze się do niego przyznaje. Integralizm jest wyższym stopniem naturalizmu, dąży do zatarcia granicy między rzeczywistością życia i rzeczywistością fikcyjną, stwarzaną przez dzieło literackie, do bezwzględnej złudy. Wyrażenie życia równa się tutaj możliwie wielkiemu zbliżeniu do życia. W zamaskowanej postaci wraca stara doktryna o naśladowaniu natury. Dlatego w pewnym znaczeniu naturalistami są, pomimo niewątpliwego irracjonalizmu, Proust i Joyce. Psychoanaliza rozszczepiła się: u Joyce’a mamy intuicyjny irracjonalizm, u nadrealistów – mechanistyczny naturalizm. Stwierdzenie tej oboczności potrzebne jest do dalszych rozważań. W rezultacie integralizm kończy się przerysowaniem życia. Dzieje się to dlatego, że życie operuje innym czasem, a pisarz innym. Fikcyjny czas dzieła literackiego nie ma tej nośności co czas rzeczywisty, nie może nadążyć z unoszeniem zdarzeń, z uprzątaniem pola dla zdarzeń nowych i dlatego powstają w książce zatory i spiętrzenia. W ten sposób pisarz wbrew zamierzeniom tworzy w dziele klasyczną „fikcję intelektualną”.

Pozostaje stwierdzić dwie dalsze kolizje, będące następstwem postawy integralnej. Jedna: konstruowanie irracjonalizmu. Druga: niezamierzone ocieranie się tragizmu o komizm. Gombrowicz pragnie wyrazić tragizm bez mała mitologiczny i w tym celu musi opisywane fakty przedstawić w proporcjach niepokojąco wielkich. Każde przejaskrawienie jednak grozi wybuchem komizmu w każdej chwili. Przerysowanie jest rozbiciem schematu. Komizm zatem ma tutaj na swe usprawiedliwienie nawet teorię Bergsona. Przerysowanie rzeczywistości prowadzi równocześnie do fantastyki, stąd groteska. Każdy z; tych elementów literackich, na mocy własnych immanentnych praw, zdradza skłonności do rozwoju bez, oglądania się na sąsiadów i na plan autora. Integralista musi szanować tę autonomię, jeśli chce być konsekwentny. Staje na rozdrożu. Nie wie co poświęcić: konsekwencję czy integralizm?

Forma

Ciekawych spostrzeżeń dostarcza stosunek elementów realistycznych i fantastycznych w książce Gombrowicza. Mimo realistyczne szczegóły „Ferdydurke” jest wyrazem irracjonalizmu. Była już mowa o możliwości bliskiego sąsiedztwa tych pozornie sprzecznych technik. Irracjonalizm oddaje Gombrowicz przy pomocy środków wywodzących się z dziedziny marzeń sennych. Przesadzają ci, co doszukują się specjalnego rodzaju metafory u Gombrowicza, piszą o jego mitologii, patologii itp. („Pion“ Nr 226). Jest tu zwykła mechanika snu. Nawet szczegóły schizofreniczne zupełnie dobrze mieszczą się w obrębie marzeń sennych.

W ostatnim dziele Irzykowskiego p.t. „Lżejszy kaliber” znajdujemy niezmiernie interesującą charakterystykę snu: „We śnie istnieje niemożność utrzymania optativu i conjunctivu; natychmiast zmieniają się w indicativus, są jakby za ciężkie, zsuwają się z marginesu, zawalają sen główny. Sen jest ubytkiem największej siły umysłu: abstrakcji!”

Przytoczę jeszcze dwa fragmenty z „Aforyzmów” Irzykowskiego, które moim zdaniem rzucają pewne światło na psychoanalityczną metodę powieściową:

„Śnił mi się wyraz „jełom”. Miało to znaczyć, że jakiś jełop przeżywa, czy robi sobie – przełom”.

„Kombinacje słów: Olśniewny. Człowiek sędziwy może być albo sędziwak, albo sędziwkarz, albo sędziwiater. Bezcelownia patriotyczna. Beczelnia literacka. Banaliza. Badalec. Wbrewny”.

Cytuję Irzykowskiego, ponieważ uchodzić on może za ojca szkoły współczesnych eksperymentatorów. „Pałuba”, pomimo mnożących się w ostatnich latach studiów, ciągle jeszcze zostaje pozycją historycznoliteracką, choć od dawna mogłaby wejść w ciało i krew współczesności. Oboczność intelektualizmu i fantastyki, literatury i dokumentu, autokontroli i bezpośredniości, wielowarstwowość dzieła, skomplikowane przekroje — znajdują w „Pałubie” wzór wysokiej miary. Gdy czytam w „Pionie” (nr 226), że Bolek Kalafior („Pamiętnik z okresu dojrzewania”) „jest wielkim wynalazkiem Gombrowicza”, to nie mogę się powstrzymać od przypomnienia, że prototyp tego rodzaju wynalazków znalazłby się we „Snach Marii Dunin”.

W związku ze stwierdzeniem „chwytu” marzeń sennych nasuwają się dwie uwagi. Jedna to zbyt małe urozmaicenie tego środka ekspresji, pewna monotonia powieści. Druga dotyczy systemu symboli literackich. Posługując się przy „wypowiadaniu” infantylizmu elementami snu, przyjmuje autor milcząco adekwatność tej formy. Na jakiej zasadzie? Czytelnik nie widzi tu nieodpartej konieczności. Jest to kwestia umowy, – bolesny cios dla złudzeń integralizmu. Odczuwam ironię losu w tym, że Gombrowicz, chcąc sobie umożliwić artystyczną walkę z infantylizmem, musi uprzednio zinfantylizować jedną z dziedzin życia – sen. Infantylizm snu poręcza infantylizm jawy. Ale co z kolei poręczy nam infantylizm snu?

Zawiśnięcie w powietrzu podstawowej koncepcji nastąpiło wskutek symbolistycznych założeń powieści, która nie ma szans utrzymania się w tym charakterze. „Ferdydurke” zaczyna się jakby od pierwszego piętra, od metaforycznego ujęcia infantylizmu jako zjawiska kulturalnego. Oczekiwaliśmy analizy, opisu, morfologii. Nic z tego. Znowu przeskakujemy jedno piętro: otrzymujemy symbolistyczną ekspresję. Każdy utwór symbolistyczny sprawia wrażenie budowli o wyższych piętrach bez parteru. Utwory tego typu zawsze jednak odwołują się do pewnych treści wiadomych czytelnikowi. Te treści, przyjęte jako wiadome, są fundamentem symbolistycznej nadbudowy. Pod tym względem ogromnie się rożni pierwsza książka Gombrowicza od „Ferdydurke”. Pisząc „Pamiętnik”, usiał autor jego stronice niewidocznymi odsyłaczami do freudystów. Ogólna znajomość symbolów psychoanalitycznych była twórczym współczynnikiem dzieła. „Pamiętnik” składa się jakby z dwu sfer: z tego, co wyraża i z tego, do czego jest aluzją. „Ferdydurke” nie może liczyć na tę drugą sferę. Jest książką bez „zaplecza”, a właściwie podobnego „zaplecza” potrzebuje. Dowodem komentarz, który teoretycznie jest niepotrzebny, o czym była mowa na początku, a praktycznie, w sensie „zaplecza”, nieodłączny.

Integralizm pozwolił osiągnąć pewne efekty – zwłaszcza nastrój beznadziejności i tragizmu, „jęk”, jak mówi Gombrowicz – uniemożliwił jednak inne. W ten sposób autor, wszedłszy w infantylizm, zatrzasnął za sobą drzwi. Niemożność oderwania się od własnej niedojrzałości utrudnia obiektywizację tej niedojrzałości. Ponieważ Gombrowicz zdobył się na pewną obiektywizację, więc infantylizm jego jest równocześnie świadomą postawą literacką. Wymienność tych stanowisk dynamizuje książkę ale równocześnie komplikuje ją i rozbija. Czytelnik nieraz traci z oczu wewnętrzne wiązania budowy. Stąd też pochodzi widoczne w niektórych miejscach niezharmonizowanie sfery fantastyki sennej z realizmem. Odnosi się to zwłaszcza do momentów satyrycznych.

Źródło: „Ateneum”, 2/1938



Kategorie:Artykuły, Źródła

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: