Droga

  

Sobotni poranek podczas majowego długiego weekendu, mój drugi „męski wypad” ze starszym synem, w zeszłym roku samolotem do Gdańska, tym razem pociągiem do Poznania. Jeżeli pogoda pozwoli, powinniśmy spędzić dziś cały dzień nad maltańskim jeziorem, korzystając z lokalnych atrakcji w rodzaju minigolfa i dziecięcego toru nauki jazdy samochodem. Powrót jutro, za tydzień Janek ma Pierwszą Komunię, dobry czas.
  
Jest już początek maja, a ja wciąż nie mogę uwierzyć jak spokojnie, jak płynnie mija ten rok. Gdy czytam notatki z naszego ubiegłorocznego wyjazdu, przypominam sobie, jakie emocje wtedy mną targały, jak bardzo „szarpany” był 2014, z tyloma zawirowaniami, aż po ten dramatyczny październik i listopad, gdy moje wymarzone plany zawaliły się z hukiem, a ja – jakże błędnie – sądziłem, że całe moje dotychczasowe życie wali się razem z nimi.
 
A potem – jak zawsze – wicher na jeziorze ustał, Pan uciszył wzburzone fale, nastał spokój, ten, który trwa od początku stycznia aż do dziś. Ale ten spokój jest inny od poprzednich, tych, których przedtem się bałem, i z których spowiadałem się z obawy przed wpadnięciem w „pułapkę świętego spokoju”. Pokój w sercu, jaki odczuwam – chyba pierwszy raz w życiu tak długo – od niemal pół roku, nie ma nic wspólnego z jałowością, nudą, z wpadnięciem w jakąś powtarzalność, w rutynę. Przeciwnie, ten spokój ma w sobie pewną niepowtarzalną wewnętrzną dynamikę, która sprawia że – pomimo braku tak silnie targających mną niegdyś emocji – wciąż towarzyszy mi silne poczucie pewnego rytmu, pewnego ruchu, mocna świadomość, że idę pewną, nawet jeśli czasem krętą drogą, drogą nie wytyczoną przeze mnie, ale wybraną dla mnie. „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem”. Kiedyś wierzyłem, że tak być może, teraz już wiem, że tak jest.
 
Świadomość istnienia tej drogi towarzyszyła mi od dawna, jeżeli nie od dzieciństwa, to na pewno od wczesnej młodości. Ale jeśli kiedyś wierzyłem, że droga istnieje, przy jednoczesnym przekonaniu, że idę gdzieś obok, równoległą, ale wybraną przez siebie i znacznie bardziej krętą ścieżką, to teraz towarzyszy mi silne poczucie, że wreszcie wszedłem na właściwą drogę, powtórzmy – nie wybraną przeze mnie, ale wybraną dla mnie. Drogi jedynej, niepowtarzalnej, wytyczonej dla mnie i tylko dla mnie, drogi, z której co prawda w każdej chwili mogę zejść, ale każda inna, którą sam wybiorę, na pewno będzie gorsza.
 
Kiedyś w tym wyborze pomiędzy drogą wytyczoną przez Pana a moimi własnymi drogami – bo było ich tyle, że nie sposób pisać o nich w liczbie pojedynczej – towarzyszyły by mi na pewno większe wątpliwości. Bałbym się, że postępując zgodnie z Jego wolą rezygnuję z własnej, że staję się jedynie statystą w Jego teatrze, pozbawioną wolnej woli marionetką. Kiedyś myślałem, że moja własna droga, choćby nawet znacznie bardziej kręta i ciernista, zawsze będzie lepsza tylko dlatego, że jest moja, że to ja jestem jej autorem i właścicielem, że nawet jeśli na niej się pokaleczę, to na swój własny rachunek, że nawet jeśli zginę, to jako wolny człowiek a nie jak marionetka. Teraz już wiem jak wiele w tym myśleniu było pychy, opartej na fałszywym przekonaniu, że tylko z tego, że coś jest moje, może wynikać, że to coś jest lepsze. Ale tego rodzaju pychy nie da się wyplenić przez poczucie winy, przez „pracę nad sobą”, przez świadomość grzechu. Nie, taką pychę można skruszyć jedynie poprzez zachwyt. Przez odkrycie, że NAPRAWDĘ istnieje coś nieskończenie lepszego od wszystkich moich planów, że NAPRAWDĘ istnieje droga, przy której wszystkie moje dotychczasowe drogi wydają się jedynie marną, pokrytą kurzem i zarośniętą chwastami ścieżką.
 
I oczywiście wiem, że ta droga nie zawsze będzie tak łatwa i prosta, jak teraz. Poprzedni rok był mozolną wspinaczką na trudny i stromy szczyt, po którym nastąpiło – równie trudne i grożące upadkiem – schodzenie w dół. Teraz idę równą ścieżką wzdłuż strumienia, jest zielono, śpiewają ptaki. Ale wiem, że ten – tak spokojny – fragment drogi kiedyś się skończy, że wcześniej czy póżniej czeka na mnie kolejna, jeszcze wyższa, i jeszcze bardziej stroma góra, a za nią kolejna, i tak już do końca. Tyle że teraz już wiem, że zdobywanie górskich szczytów i schodzenie z nich jest elementem drogi. I jeżeli spróbuję je ominąć, istnieje ryzyko, że stracę wytyczony szlak. Dlatego idę teraz spokojnie wzdłuż strumienia, nie wiedząc jeszcze, co dalej mnie czeka. Jak w Hbr 11,8. „Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie”. Czy już wyszedłeś?
 


Kategorie:Farrago rerum

1 reply

Trackbacks

  1. Którą drogę wybrać i „Jak żyć?” | Łódź Odysa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: